Cena grzańca w Niemczech – na tych jarmarkach bożonarodzeniowych jest on najtańszy!

0

Dla wielu osób wypicie przynajmniej jednego grzanego wina jest częścią udanej wizyty na jarmarku bożonarodzeniowym. W zależności od miasta, cena grzańca może się w Niemczech znacznie różnić. Najnowszy ranking cen za grzane wino w Niemczech, zawiera informacje o najpopularniejszych niemieckich miastach.

Cena grzańca w Niemczech

Najtańsze grzane wino w tym roku dostępne jest w Niemczech w Rothenburg ob der Tauber. Odwiedzający jarmark bożonarodzeniowy w tym mieście, które jest bardzo popularne wśród turystów, płacą od 3 euro za kubek grzanego wina. W takich miastach jak Drezno, Augsburg i Dortmund ceny grzanego wina są również dość korzystne i wynoszą 3,50 euro. Z kolei odwiedzający jarmarki bożonarodzeniowe w Monachium płacą nawet 6 euro za kubek grzanego wina, co czyni ten gorący napój zdecydowanie najdroższym w stolicy Bawarii.

MiastoCena grzańca
Rothenburg o.d. Tauber3,00 do 4,00 euro
Dresden3,50 euro
Augsburg3,50 euro
Braunschweig3,50 euro
Dortmund3,50 euro
Essen3,50 euro
Mainz3,50 euro do 4,00 euro
Regensburg3,50 euro do 4,00 euro
Leipzig3,50 euro do 4,00 euro
Heidelberg4,00 euro
Frankfurt4,00 euro
Mannheim4,00 euro
Trier4,00 euro
Münster4,00 euro do 4,50 euro
Nürnberg4,00 euro do 4,50 euro
Berlin4,50 euro
Aachen4,50 euro
Köln4,50 euro
Hamburg4,50 euro
München5,00 euro do 6,00 euro

W niektórych miastach ceny grzanego wina podwoiły się od 2018 roku. Należą do nich Münster, Norymberga, Akwizgran, Hamburg i Monachium. We Frankfurcie, Heidelbergu i Berlinie odwiedzający płacą w tym roku o około jedną trzecią więcej niż pięć lat temu. Z kolei w Dreźnie i Mannheim ceny grzanego wina utrzymują się na stałym poziomie 4 euro od 2018 roku. W pozostałych miastach na liście wzrost cen jest umiarkowany.

Niemcy: liście z drzewa sąsiada na własnej posesji – kto musi je uprzątnąć?

Kiedy jesienią wiatr strąca liście z drzew, często lądują one na sąsiednich działkach, co bywa przyczyną sporów między sąsiadami. Niektóre z nich kończą się nawet w sądzie.

Ale kto tak naprawdę musi usuwać te liście? Kwestia ta została dość jasno wyjaśniona przez niemieckie prawo. Na przykład w żadnym razie nie można tak po prostu przerzucać liści z powrotem na sąsiednią posesję. W przeciwnym razie może nawet grozić kara za nieprzestrzeganie przepisów.

Podjęcie kroków prawnych w przypadku konfliktu z sąsiadami powinno być rozważane tylko w wyjątkowych przypadkach

W zielonej, pełnej drzew okolicy trzeba pogodzić się z tym, że liście z drzew rosnących na innych działkach wpadają do naszego ogrodu. Co do zasady, za usuwanie liści z własnej posesji odpowiedzialny jest właściciel domu lub wynajmujący. Obowiązek ten może zostać przeniesiony na najemców.

Sąsiedzi powinni najpierw spróbować rozstrzygnąć spór poprzez rozmowę, która pozwoli wyjaśnić konfliktową sytuację. Jeśli przestrzegane są przepisy dotyczące odległości od granicy działki, gałęzie nie są przerośnięte i nie ma mowy o jakiejś ekstremalnie dużej ilości opadłych liści, zwykle nie ma szans na wygraną w sądzie” – czytamy na portalu „arag.de”.

Liście w ogrodzie: w Niemczech istnieją wytyczne dotyczące sadzenia drzew

Jeśli podczas sadzenia drzew nie przestrzegano przepisowych odległości od granicy działki i drzewa dają cień lub zrzucają liście, można domagać się wycięcia tych drzew, o ile nie stoi to w sprzeczności z ochroną przyrody. Istnieją jednak wyjątki od tej zasady, na przykład w przypadku działek położonych w terenie miejskim.

To, jakie odległości od granicy działki należy zachować, jest różnie uregulowane w poszczególnych krajach związkowych. Według portalu „nachbarrecht.com”, przykładowo w Badenii-Wirtembergii w przypadku dużych drzew wymagana jest odległość wynosząca 8 m, a w przypadku średnich drzew owocowych (osiągających wysokość > 4 m) – wymagana odległość to 3 m. W przypadku żywopłotów lub krzewów o wysokości do 1,80 m należy zachować odległość wynoszącą 0,50 m.

Te obszary muszą być utrzymywane w czystości

Za zamiatanie i usuwanie liści pochodzących z sąsiedniej nieruchomości można domagać się tzw. „Laubrente”. Jest to rekompensata za pracę, którą trzeba wykonać. W tym celu konieczne jest jednak spełnienie pewnych podstawowych wymogów. Decydującym czynnikiem jest to, czy doszło do istotnego pogorszenia stanu nieruchomości, które wykracza poza normalny poziom.

Drogi dojazdowe, podjazdy, schody itp. muszą być oczyszczone z liści ze względów bezpieczeństwa. Portal „Nabu Leipzig” radzi, aby pozostawić je na grządkach oraz pod krzewami i żywopłotami. Warstwa liści jest bowiem źródłem składników odżywczych dla gleby. Liście mogą również służyć jako ściółka lub zimowa ochrona dla drzew i krzewów.

Istnieją również przypadki, w których przyczyną sporów są nie liście z drzew, ale nasiona lub dojrzałe owoce, które spadły na działkę sąsiada.

Jak wygląda w Niemczech sytuacja prawna dotycząca liści spadających z drzew na drogi publiczne?

Wiele nieruchomości graniczy z drogami obsadzonymi drzewami. W większości przypadków chodnik oddziela te drzewa od sąsiednich nieruchomości. Tutaj również zbierają się liście, które muszą być usuwane z tych chodników, na przykład ze względów bezpieczeństwa. W poszczególnych miastach lub gminach w Niemczech obowiązują różne przepisy w tym zakresie.

Na przykład miasto Heilbronn położone w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia reguluje obowiązek sprzątania chodników przylegających do prywatnych posesji w specjalnej ustawie dotyczącej sprzątania ulic. Określa ona, kto jest odpowiedzialny za usuwanie zanieczyszczeń, śmieci i liści. Zgodnie z tymi przepisami, sprzątanie i odśnieżanie chodników położonych bezpośrednio przy granicy nieruchomości jest obowiązkiem właścicieli i posiadaczy tych gruntów.

Źródło: www.echo24.de

Rolf Hochhuth: Tak długo jak Hitler zwyciężał, Niemcy chętnie byli nazistami. Później się tego wstydzili.

2

Jeden z naszych redaktorów poświęcił swoją pracę licencjacką powieści niemieckiego dramaturga Rolfa Hochhutha, która nosi tytuł „Miłość w Niemczech”. Z autorem miał okazję porozmawiać osobiście. Efektem tych rozmów jest obszerny wywiad, który został przeprowadzony w grudniu 2010 roku. Hochhuth opowiada w nim nie tylko o powieści „Miłość w Niemczech”, ale także o innych bardzo interesujących kwestiach, jak choćby okolicznościach śmierci generała Sikorskiego podczas II wojny światowej.

Cały wywiad w języku niemieckim do przeczytania tutaj.

Adam Gaik: Jak wpadł pan na pomysł napisania powiesci „Miłość w Niemczech”?

Rolf Hochhuth: Po wojnie mieszkałem niedaleko miasta Bazylea (Szwajcaria), położonego bardzo blisko niemieckiej granicy. Polski żołnierz, o którym mowa w powieści, został stracony w Brombach, ponieważ najlepsza przyjaciółka kobiety z którą sypiał, doniosła o tym na gestapo, za co groziła kara śmierci. Historię tę opowiedziała mi nasza sprzątaczka, która również tam mieszkała. Postanowiłem dowiedzieć się o tych wydarzeniach nieco więcej. Przeprowadziłem wywiady z donosicielką Weingandt oraz panią Kropf, która miała romans z Polakiem. Kronika tej tragedii złożyła się na tę powieść.

Kiedy byłem w Brombach, również rozmawiałem z kilkoma osobami. Odniosłem jednak wrażenie, że nie były one zbyt skore do rozmów na ten temat. Jak wtedy ludzie reagowali na pańskie pytania?

Moi rozmówcy byli nieco zdystansowani, ale szczerzy. Żeby namówić ich do rozmowy musiałem im obiecać, że zmienię ich nazwiska, co oczywiście uczyniłem. Miałem wrażenie, że byli skonsternowani, ale może właśnie dzięki temu szczerzy. Niczego już nie zatajali.

Jak docierał pan do tych osób?

Bardzo bezpośrednio! Mówiłem im, że chcę opisać tę historię. Przecież w małej wiosce, liczącej kilkaset osób, mogłem zapytać gdzie te osoby mieszkają. Nasza sprzątaczka podała nam ich nazwiska. To było małe miasteczko, gdzie każdy każdego zna.

Kiedy ja byłem w Brombach i zapytałem przypadkową osobę o kilka nazwisk, odpowiedziała mi, że przecież nie może znać każdego bo Brombach liczy przeszło 6000 mieszkańców.

Zgadza się. Po okresie rządów Hitlera wiele wiosek zostało połączonych ze względów ekonomicznych. W ten sposób chciano zaoszczędzić na kosztach administracyjnych. Wtedy jeszcze tak nie było. Ale nawet 6000 osób nie jest dużą liczbą. W końcu jak często ktoś zostaje powieszony tylko dlatego, że miał romans. Nawet w czasach nazistowskich było to niezwykle rzadkie i sensacyjne. O czymś takim wiedział każdy.

W książce pisze pan, iż ktoś pana zapytał dlaczego szuka pan akurat w Brombach, a nie w innych miejscowościach gdzie również miały miejsce egzekucje. Czy to prawda, że w innych miejscach również miały miejsce podobne wydarzenia?

Oczywiście. To był najstraszniejszy rozdział w dziejach ludzkości. Potwierdzą to osoby, z którymi rozmawiałem, a których nazwisk w tym momencie nie pamiętam. Część z nich już nie żyje, bądź jest na emeryturze. Takich przypadków były tysiące w całej niemieckiej Rzeszy.

Przygotowując się do pisania mojej pracy licencjackiej skontaktowałem się z kilkoma archiwami, lecz oprócz dokumentów, które panu przedstawiłem (akt zgonu Stanislawa Zasady oraz sprawozdanie burmistrza miasta Brombach z dnia 16.05.1945 na temat jego egzekucji) nie udało mi się nic znaleźć. Również na temat egzekucji Zasady.

W tamtych czasach nie był to odosobniony przypadek, jednak żadna gmina nie była po wojnie z tego dumna, że również i u nich działy się takie rzeczy. Ludzie się tego wstydzili. Takie odniosłem wrażenie. Cytując żonę burmistrza i jego dzieci: „Nasz ojciec leżał osiem dni i nie mógł nic zjeść” – oni również się wstydzili, że to zrobili. Tak długo jak Hitler zwyciężał, Niemcy chętnie byli nazistami. Później się tego wstydzili.

Ostatnio byłem po raz pierwszy w życiu w Pradze i u pewnego bardzo wykształconego człowieka, który kieruje czesko-niemieckim instytutem kulturalnym, zauważyłem popiersie Rainera Marii Rilke. Rilke urodził się w roku 1875 w Pradze podczas panowania monarchii austriacko-węgierskiej. Jest więc właściwie Czechem. Popiersie stało niewidoczne wysoko na szafie. W związku z tym zwróciłem się do niego w następujących słowach: „Posiada pan bardzo ładne popiersie Rilke, którego jednak praktycznie nie widać. Dlaczego Pan je tak ukrył?” Bardzo zaskoczyła mnie jego odpowiedź: „Cóż, on jest Niemcem”. Powiedział, że po wojnie, kiedy przyszedł koniec Hitlera, nie chciał jej stawiać w widocznym miejscu. Mimo, że Rilke zmarł już w roku 1926, nienawiść do Niemców była w Pradze tak wielka. Ja to rozumiem, tak to jest między narodami.

Kiedy wybuchła II wojna światowa był pan jeszcze dzieckiem. Jak wspomina pan tamten okres? Czy zdawał pan sobie sprawę z powagi sytuacji? Czy miasto, w którym pan mieszkał, nie było bezpośrednio zaangażowane w działania wojenne?

Nie, miasto było absolutnie hitlerowskie. My oraz lotnisko zostaliśmy trzykrotnie zbombardowani lecz Amerykanie, w przeciwieństwie do Anglików, byli bardzo humanitarni. Anglicy zjawiali się nocą i terroryzowali ludność, zabijając przy tym 750 000 niemieckich cywili. Amerykanie tego nie robili. Przybywali za dnia, ponosili znaczne straty i bombardowali dworce, lotniska oraz tereny przemysłowe. W moim mieście zostało zbombardowane lotnisko, w skutek czego zginęły może trzy osoby. W mieście nikt nie odniósł obrażeń. Jeśli chodzi o moją rodzinę, to poległo moich dwóch kuzynów, również dwaj kuzyni mojej matki oraz jeden mojego ojca, który był oficerem podczas I wojny światowej. Człowiek dowiaduje się wprawdzie o liczbie ofiar, ale poza tym wojna rozgrywa się gdzieś daleko.

W pierwszych latach wojny Niemcy odnotowywali wiele sukcesów, zajmując Polskę, Skandynawię, to znaczy Danię i Norwegię oraz przede wszystkim Francję. W roku 1941, kiedy wojska niemieckie zatrzymała przed Moskwą rosyjska zima, miałem dziesięć lat. Pamiętam dokładnie chwilę transmisji przemówienia Hitlera dotyczącego jego wkroczenia do Rosji. Moja babcia powiedziała wtedy: „Teraz nigdy więcej już moich chłopców nie zobaczę”, a miała na myśli swoich wnuków. Dwóch z nich rzeczywiście poległo, a babcia jednego z moich kolegów, którego ojciec był zagorzałym nazistą i poległ przez to w Stalingradzie, powiedziała wprost: „Teraz przegramy też i drugą wojnę”. W rodzinie można było coś takiego powiedzieć, ale w tamtych czasach groziło to śmiercią. Nie było zagranicznej prasy, a słuchanie zagranicznego radia również było śmiertelnie groźne.

Jaki wpływ miał ten okres na pańskie późniejsze życie oraz twórczość?

Decydujący. Najpóźniej w wieku 13 lat zaczyna się okres dojrzewania. Pierwszego kwietnia miałem 14 lat, a trzeciego kwietnia 1945 skończyła się wojna. Mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ Amerykanie byli najbardziej humanitarnym okupantem w historii świata. Oni otworzyli obozy koncentracyjne i widzieli co się tam wydarzyło. Mój wujek został wtedy burmistrzem. Pod koniec maja dostał od Amerykanów bilet na kronikę filmową. Kina podobnie jak szkoły były wówczas zamknięte. Można tam było zobaczyć jak Eisenhauer, główny dowódca aliantów w Europie, nie tylko Amerykanów, ale i Anglików i Francuzów, jak szedł przez las bukowy obozu koncentracyjnego w Weimarze i musiał płakać, kiedy widział jak jego żołnierze musieli spychać do masowych grobów góry zwłok. Czegoś takiego nigdy się nie zapomina.

Słyszałem, że w Korei i Wietnamie Amerykanie uczynili straszne rzeczy. Tak pewnie było. Za czasów Roosevelta byli jednak najbardziej humanitarną armią na Ziemi. Amerykanie stracili jednego żołnierza. Armia Hitlera skazała na śmierć 22 000 własnych żołnierzy, z czego w przypadku 17 500 wyrok wykonano. Własnych żołnierzy! Tutaj widzi pan już tę różnicę. To była straszna dyktatura skierowana również przeciwko własnemu narodowi. Jeśli spojrzymy na to z tej perspektywy, to Amerykanie są przykładną nacją.

Pańskie dzieła często wywoływały wiele dyskusji. Fritz Raddatz pisał:

Poczynając od pierwszego dzieła >Namiestnik< na powieści roku 1979 >Miłość w Niemczech< kończąc: Prawie bez wyjątku każdy jego utwór literacki niósł za sobą jakieś konsekwencje. Podróż papieża Paula IV do Palestyny, który nigdy wcześniej nie opuścił Włoch, nie doszłaby do skutku bez empatycznego pytania Hochhutha o winę i porażkę katolickiego Kleru; Pontifex Maximus odniósł się w swojej pierwszej przemowie na Ziemi Świętej do osoby Hochhutha. Natomiast słynący ze swojego okrucieństwa sędzia marynarki wojennej, Filbinger, pewnie do dzisiaj z czystym sumieniem sprawowałby swój urząd, które Hochhuth dlatego nazywa „czystym”, ponieważ nigdy nie było używane. Wzburzenie jakie w Anglii wywołał jego dramat o Churchilu, doprowadziło w konsekwencji do zniesienia cenzury teatralnej, która istniała tam od roku 1737, kiedy to została zabroniona komedia Henryego Fieldinga. Jego komedia „Akuszerka” zmusiła na przykład miasto Kilonię, do wybudowania nowych budynków mieszkalnych dla biedniejszej części społeczeństwa, która do tej pory była zmuszona mieszkać w fatalnych warunkach.

Można zatem powiedzieć, iż jest pan najbardziej wpływowym albo jednym z najbardziej wpływowych pisarzy Niemiec?

Cóż, tak wyszło. Kiedy pisałem powieść „Miłość w Niemczech” nie mogłem przypuszczać, że Filbinger wytoczy mi za to proces. Zrobił to wyłącznie z następującego powodu. Tacy ludzie nie czytają w końcu książek. Ale Raddatz, który był wtedy czołowym szefem „Die Zeit”, opublikował fragment „Miłość w Niemczech”, w którym wspominam, iż Filbinger dokonywał egzekucji na niemieckich żołnierzach będąc jeszcze w brytyjskiej niewoli. Anglicy byli tak okrutni, że w obozach jenieckich ukrywali broń dla niemieckich oficerów nazistowskich, by ci mogli rozstrzeliwać niemieckich jeńców. Obrzydliwe. Filbinger pozwał mnie z tego powodu do sądu i musiał przez to odejść. (Filbinger sprawował wówczas urząd Prezesa Rady Ministrów kraju związkowego Badenia-Wirtenbergia. Podczas procesu część czynów opisanych przez Hochhutha została mu udowodniona, co w konsekwencji zmusiło go do ustąpienia z urzędu. Rolf Hochhuth został uniewinniony – notka autora wywiadu)

Proszę pozwolić, że przytoczę jeszcze jeden cytat. Heinrich Böll pisał:

Hochhuth, w roku 2001 siedemdziesięciolatek – będzie pewnie mógł przeczytać historię 50-lecia kraju związkowego Badenia-Wirtenbergia i najprawdopodobniej stwierdzi, że to on był tym złym; w końcu to on nazwał tego strasznego prawnika >okropnym<, osobę, która nie tylko działała jak >nakazywało tego prawo<, ale jak ustalili prawnicy, znacznie je przekraczała. Być może kronikarz będzie mógł sobie w roku 2001 pozwolić zauważyć, iż cechy, które zrobiły z dr Filbingera tak okropnego prawnika, były identyczne z tymi, które uczyniły go tak dobrym i pełnym sukcesów przywódcą kraju związkowego. Kto stanie przed, obok i za Rolfem Hochhuthem, który w swojej niewinności (czy powinienem bardyiej powiedzieć: niezbędnej naiwności?) tak dalece prowokuje historię?

Dzisiaj może pan z pewnością powiedzieć jak się to wszystko potoczyło. Czy to pan był tak naprawdę tym złym? Kto wtedy wstawił się za panem?

Nie, to nie ja jestem zły, tylko historie, które staram się opisywać. Aktualnie pracuję nad „Uciekającym Holendrem”. Nowoczesną wersją prastarej postaci biblijnej. Zostaną w nim poruszone na przykład trzy skandale roku 2010, które w kategoriach socjalnych są dla mnie niestety kolosalną krytyką republiki Merkel. Mamy 3 miliony bezrobotnych, mamy również kilka milionów cudzoziemców, którzy w niemieckiej gospodarce zarabiają więcej, niż zarobiliby w swoich ojczyznach. Mimo okresu cesarskiego jesteśmy więc najbogatszym państwem, które kiedykolwiek istniało na tej ziemi.

Mimo tego trzy skandale najniższego szczebla:

Po pierwsze: Ostatnio napisała do mnie moja była żona Jugosłowianka i powiedziała: „Jak możesz o tym milczeć, że osoby otrzymujące zasiłek dla bezrobotnych dostały podwyżkę emerytury w wysokości 5 euro?” Hańba, która nie miała w Niemczech jeszcze miejsca, zarówno w strefie wschodniej jak i zachodniej.

Po drugie: Że już wśród dzieci szkolnych – również to było kiedyś nie do pomyślenia, do tego nie dopuściliby ani naziści, ani komuniści; mianowicie, że już wśród dzieci szkolnych tak drastycznie widoczna jest różnica stanu socjalnego. Jedni mogą o 13 po południu zjeść w szkole obiad, innych na to nie stać.

Trzeci skandal, równie podły, że u największych pracodawców, np. w hotelu „Atlantic” w Hamburgu, ogólnie w koncernach gastronomicznych, ale również domach handlowych, co 60 albo 90 minut schodzi do piwnicy ktoś z szefostwa i zabiera pracownikowi dbającemu o czystość toalet napiwek. Najwięksi niemieccy pracodawcy nigdy wcześniej czegoś tak niegodnego nie robili. Ale oni nawet nie widzą, jak wielką jest to hańbą.

Jak można by to zmienić?

Jako pisarz nie można tego zmienić, a jedynie nagłośnić!

Czy „Miłość w Niemczech” w jakikolwiek sposób utrudniała panu życie? Czy w związku z wydaniem tej książki panu na przykład grożono?

Nie, coś takiego miało miejsce w związku z moim dramatem o Sikorskim (chodzi o powieść „Soldaten. Nekrolog auf Genf” – notka autora wywiadu). To było niebezpieczne. Niestety popełniłem wtedy wiele okropnych błędów i strzeliłem sobie wiele bramek samobójczych. Nie zauważyłem na przykład na czas, że mój telefon jest na podsłuchu, w szczególności rozmowy z moimi angielskimi przyjaciółmi. Jedną z nich była moja tłumaczka, a drugim historyk Dawid Irwing, z którym całkiem otwarcie rozmawiałem na przykład o tym, że wybieram się do Szkocji na posiadłość byłego dowódcy Gibraltaru, generała McLanahana, ponieważ jego córka powiedziała, że jej ojciec był zapalonym pisarzem.

Zawsze mówiliśmy, że to, o czym teraz piszę, będzie mogło zostać opublikowane niestety najwcześniej za 100 lat. Rozmawiałem z nią przez telefon, bo wiedziałem, że jest ostatnią osobą, która widziała Sikorskiego z jego sztabem i córką zanim został zabity przez Brytyjczyków na pasie startowym, o czym mi powiedziała również wdowa pani Sikorska oraz jej zięć, którego żona – córka Sikorskiego – została zamordowana razem z nim. Zachowywałem się tak, jakby brytyjskie służby wywiadowcze nie istniały. To było idiotyczne. I tak się też potem stało. Brytyjczycy udali się do jego córki na ich posiadłość w północnej Szkocji i powiedzieli, że chętnie by zobaczyli, co takiego pisał jej ojciec, ponieważ może mieć to dla nich duże znaczenie.

Rodziny i ich dzieci są tak bezmyślne i generalnie niezainteresowane tym, co pisał ojciec. Tak jak w przypadku rodziny Brecht. Córka Brechta dbała o to, by jego sztuki były cały czas wystawiane, ponieważ dzięki temu została milionerką. Jego utwory przyniosły rodzinie Brecht dochody wielokrotnie wyższe, niż on sam zdołał zarobić. Nawet teraz TB, Teatr Brechta, przynajmniej sto dni gości za granicą wystawiając jego sztuki. Rodzina jest jak zwykle zainteresowana, ale jeśli chodzi o jakieś pozostawione notatki, to każdy jest zbyt leniwy, by je przeczytać. Brytyjski wywiad wykorzystał sytuację i wymienił zapiski McLanahana na niegroźne dokumenty. Chcę przez to podkreślić jak głupi wtedy byłem. Nie do wiary…

Jakie miało to dla pana konsekwencje?

Moja sztuka została w Anglii zabroniona. W parlamencie wstał starszy profesor żydowski i powiedział: „Nie wiedziałem, że w Anglii istnieje cenzura teatralna”. Faktycznie tak było, została ona wprowadzona w roku 1739 na mocy uchwały parlamentu, kiedy to została zabroniona sztuka Henry’ego Fieldinga, autora znanej powieści „Tom Jones”, która nawet dzisiaj jest bardzo popularna i wyraża krytykę korupcji w parlamencie. Przytoczył on wtedy ten fakt by zabronić wystawiania również i mojej sztuki. Doczekała się ona jednak swojej angielskiej prapremiery w Toronto, w Kanadzie. Później była również wystawiana na Broadway’u i w wielu innych anglojęzycznych krajach, nawet 122 razy w Londynie. Kierownik Teatru Narodowego, Robert Oliver, zaakceptował ją. Zabroniono mu wprawdzie jej wystawiania, ale prywatny właściciel teatru wystawiał ją później z wielkim powodzeniem.

Dla ostrożności to nie rodzina Churchilla wytoczyła mi proces o zniesławienie, tylko czeski pilot. Podkreśliłem bowiem, co jest powszechnie znane, że kiedy naczelny dowódca polskiej armii w Anglii – Sikorski pełnił w Anglii taka samą rolę, jak de Gaulle podczas wojny dla Francuzów – udaje się w podróż, w którą wcale nie chce się udać, ale Churchill bardzo na to nalega, twierdząc, że w polskich pułkach w Afryce dochodzi do zamieszek, co oczywiście nie było prawdą. Kiedy naczelny Polak, którego piloci heroicznie walczyli w roku 1940 w Bitwie o Anglię i znacznie się do tego przyczynili, że Niemcy tą bitwę przegrali, zostaje wysłany do swoich pułków i dostaje czeskiego pilota, kapitana Brachala, zamiast polskiego, to jest to „bardzo podejrzane” – jak to ująłem. Ale on był w końcu członkiem służb wywiadowczych. W związku z tym zostałem przez niego oskarżony, ale wzbroniłem się przed pojechaniem na proces do Londynu, ponieważ wiedziałem, że bym już z niego nie wrócił. Anglicy by mnie przetrzymywali dopóki nie podałbym nazwiska informatora, który zostałby zabity, ponieważ była to akurat osoba brytyjskiego wywiadu.

Jak rodzą się pańskie pomysły?

Prenumeruję na przykład gazetę „Sueddeutsche Zeitung”. Karl Kraus, pewien zabawny krytyk, który zmarł w roku 1936, powiedział kiedyś, że pisarz, który czyta wygląda jak kucharz, który je. Oznacza to, że próbuje on różnych rzeczy, które w danym momencie są pomocne dla jego zajęcia. Pisząc samemu trzeba się skoncentrować na dramacie, powieści czy tomiku poezji, który się w danym momencie planuje. Wtedy jest się bardziej jednostronnym. Ja piszę na starej maszynie do pisania.

Dramat powstaje poprzez dialog, który składa się z poszczególnych rymów, podobnie jak ma to miejsce w przypadku wiersza. Kiedy o godzinie 10 albo 11 siadam do maszyny wiem, w którym kierunku będę chciał pójść. Sztuka żyje jednak własnymi siłami. Wtedy dane postacie mówią coś od siebie, a ja tylko spisuję co one mówią. Postacie te musi mieć pan przed oczami i wtedy zobaczy pan jak one reagują i co mówią.

Jak długo trwa taka praca?

Nie trwa to zbyt długo. W pół roku sztuka jest gotowa.

Jak długo pracował pan nad „Miłością w Niemczech”?

To jest zawsze jako praca, jako trud, bardzo przeceniane. Jeśli pracuje pan nad taką sprawą, to dokumenty dowodowe znajdą się same. Poszedłem do pewnej wioski i odwiedziłem pewną panią Elise. Ona była wtedy tutaj w tamtych czasach. Zapytałem o pewien dokument z archiwum we Freiburgu, na co mi odpowiedziano, że go nie mają, ale w Monachium działa Instytut Historii Współczesnej pod kierownictwem pani dr Fröhlich. Ona pisała pracę doktorską na pewien temat i szybciej niż pan myślał ma pan w rękach więcej informacji, niż może pan pomieścić.

Dokumenty te są w końcowym rozrachunku tylko ciężarem. Jeśli ma pan ich za dużo, to ucierpi na tym swoboda opowieści, co nie może mieć miejsca. Niech pan sobie wyobrazi, że Tolstoi, który zaczął pisać stosunkowo późno, bo w czasach, kiedy wojna obronna przeciwko Napoleonowi skończyła się półtorej generacji wstecz. Wtedy dostępne były historie każdego pułku, losy wszystkich dużych rodzin szlacheckich, wszystko to zostało spisane, wydrukowane i udokumentowane. Jeśli zacząłby się w to wczytywać, zamiast każdego ranka usiąść przy biurku, to nigdy by nie skończył swojej pracy albo napisałby 5000 stron. Tak się nie da. Nie chodzi o to by szukać potwierdzenia w stosach materiałów, ale by się przed nimi bronić. Inaczej ogrom materiałów by pana jako autora wykończył.

Teksty historyczne mogą jednak służyć jako dowody…

Tak, ale ja nie muszę niczego udowadniać. O tym, że pracownicy danych narodowości byli mordowani za romanse z Niemkami wiedział każdy Niemiec. Filbinger pozwał mnie do sądu, ponieważ napisałem, że będąc w brytyjskiej niewoli ścigał niemieckich marynarzy powołując się na prawo nazistowskie. Mogę to udowodnić. Posiadam na przykład wyrok śmierci przeciwko biednemu marynarzowi Krugerowi, który Filbinger wykonał w brytyjskiej niewoli. Prawodawstwo angielskie było tak samo perwersyjne jak niemieckie. Kochs, angielski sędzia wojskowy, stał po stronie pojmanego sędziego wojskowego Filbingera, zamiast wstawić się za niemieckim marynarzem, który przeciwstawił się niemieckiemu prawu nazistowskiemu.

Proszę sobie wyobrazić fakt, że rosyjski uboot zatopił na Bałtyku statek przez co 30 000 albo 40 000 ludzi utonęło, mimo że dokładnie wiedzieli, iż na pokładzie nie było żołnierzy, a ludność Królewca, która chciała uciec przed Armią Czerwoną do Szczecina. Winnym jest człowiek pierwszego oddanego strzału. Całej reszty nie można już więcej odtworzyć. Tym pierwszym człowiekiem był Hitler. Wojna jest czymś tak ogromnym, że kiedy się już zacznie, wyślizguje się pojedynczej osobie z ręki.

Czy uważa pan, że wykreślenie pańskiej powieści „Miłość w Niemczech” z listy lektur obowiązkowych w kraju związkowym Badania-Wirtenbergia było zemstą?

Tak, to nie ulega wątpliwości.

W pańskiej powieści porusza pan bardzo niewygodny temat. Chodzi o sytuację powojenną nazistów i ich ofiar. Byli funkcjonariusze SS otrzymali po wojnie wysokie emerytury, ich ofiary natomiast pozostawiono bez jakiejkolwiek pomocy. Temat wydaje się być pomijanym i w ogóle się go nie porusza. Jak należy oceniać państwo niemieckie, które z jednej strony potępia nazizm, a z drugiej zapewnia nazistom spokojne i wygodne życie?

Ten temat został poruszony w napisanym przeze mnie dramacie „Juristen”. Również te potworności. To zakrawa o cynizm. Urzędnicy nazistowscy dokładnie wiedzieli, że jeśli nie pozyskają sympatii nowego rządu Adenauera i nie będą mu schlebiać, to wyjawi się ich nazistowską przeszłość i się ich pozbędzie. W związku z tym, wszyscy dopasowali się do nowej rzeczywistości i zostali za to hojnie wynagrodzeni. Najwyższym sekretarzem stanu w federalnym urzędzie kanclerskim był za Adenauera Globke, który w czasach Trzeciej Rzeszy wyróżnił się tym, że napisał komentarz do ustawy żydowskiej. Był jednym z pierwszych ważnych nazistów w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Rzeszy. Jego szef, Minister Spraw Wewnętrznych Trick, został powieszony przez Amerykanów. Adenauer podsumował to bardzo cynicznie w swojej książce: „Nie mogę wylać brudnej wody, zanim nie będę miał czystej”. Tak to wyglądało. Prawdziwi antyfaszyści również postarali się o sympatię nowego rządu, by zadbać o swoje zabezpieczenie na starość oraz móc starać się o odszkodowania. Mój wydawca Rowohlt powiedział mi kiedyś: „Po wojnie strasznie kłamaliśmy by migrantom, Żydom, itd., którzy przeżyli w Ameryce i innych krajach, pomóc w pozyskaniu przyzwoitego zabezpieczenia emerytalnego w Niemczech”.

Czy Vitorowicz istniał naprawdę?

Nie, został przeze mnie wymyślony. Znałem jednak jednego. Oczywiście wielu bardzo inteligentnych Polaków, którzy byli wykorzystywani w Niemczech do pracy, nie dali tego po sobie poznać, gdyż w przeciwnym razie stawali się od razu podejrzani i straceni. Zawsze mówimy praktycznie o tym, że za śmierć polskich oficerów odpowiedzialna jest Armia Czerwona. To jest oczywiście prawdą, ale nie należy zapominać, że Niemcy bali się polskiej inteligencji. W październiku 1939 polscy profesorzy udali się na uniwersytety aby wykładać. Zostali jednak wywiezieni ciężarówkami i już nigdy nie wrócili. Przetransportowano ich do obozów zagłady. Niemcy chcieli oczywiście na początku wyniszczyć polską inteligencję.

Pierwszym zakazem w przypadku wszystkich rozbiorów Polski był zakaz mówienia po Polsku, nawet w szkołach podstawowych. Oni chcieli zasymilować Polaków. Prusy, Rosja i Austria podzieliły Polskę. Austriacy anektowali Hercegowinę, Bośnię i Czechy nie by ich wytępić, ale asymilować i z tego powodu zabronili używania ich języków ojczystych. Mieli nadzieję, że będą wtedy rozmawiali wyłącznie po niemiecku. Niemcy chcieli natomiast wytępić inteligencję w Polsce i innych krajach. Monarchowie nie robili czegoś takiego. Mówi się nawet, że cesarz Franz Josef, który miał pod swoim panowaniem siedem różnych narodów, potrafił porozumiewać się w tych siedmiu obcych językach. Stalin chciał wykończyć polską armię, a Niemcy polską inteligencję. W XX wieku była to pierwsza misja wytępienia narodów. W XVIII czy XIX wieku czegoś takiego nie było. Wtedy również chciano powiększać terytoria, ale nie kosztem życia poddanych. Myślę, że tak jest już od zawsze, że każdy władca, każdy kraj miał zapędy ekspansyjne.

Dziękuję bardzo za wywiad i poświęcony czas.

Uwaga na próby oszustw: wiadomości rzekomo wysyłane przez hotele mogą być fałszywe!

0

Czy rezerwacja hotelu lub domu wakacyjnego za pośrednictwem znanych portali internetowych jest bezpieczna? Zasadniczo tak, ale i w tym przypadku zaleca się ostrożność. Organizacje zajmujące się ochroną konsumentów ostrzegają przed fałszywymi wiadomościami przesyłanymi po dokonaniu rezerwacji, które są wykorzystywane przez przestępców w celu uzyskania danych dotyczących płatności.

Centrum konsumenckie w Nadrenii Północnej-Westfalii poinformowało, że prawdziwe oferty mogą zostać przechwycone przez przestępców podczas procesu rezerwacji. Eksperci otrzymali doniesienia o przypadkach, w których po dokonaniu rezerwacji z klientami rzekomo kontaktowali się bezpośrednio pracownicy hotelu z prośbą o ponowne potwierdzenie danych dotyczących płatności.

Próba oszustwa polegająca na wysłaniu prywatnej wiadomości

Szczególnie podstępne metody polegały na tym, że w niektórych przypadkach instrukcje były wysyłane jako prywatna wiadomość od hotelu za pośrednictwem platformy służącej do rezerwacji zakwaterowania online. Celem przestępców było przekierowanie klienta do strony internetowej, do której prowadził link zamieszczony w przesłanej wiadomości i ponowne wprowadzenie przez niego informacji dotyczących płatności. Chociaż strona ta wyglądała podobnie do portalu rezerwacyjnego, była to oczywiście fałszywa wersja.

Organizacje działające na rzecz ochrony konsumentów zalecają zatem ostrożność przy wprowadzaniu lub potwierdzaniu danych karty kredytowej na podlinkowanych stronach internetowych. Nawet jeśli strona wygląda autentycznie i prezentuje prawidłowe dane dotyczące zaplanowanej podróży, nie jest to gwarancją autentyczności.

Nie jest jasne, w jaki sposób oszuści uzyskali dostęp do danych rezerwacji i w związku z tym byli w stanie skontaktować się z osobą, która jej dokonała. Możliwe, że pracownicy obiektu sami padli ofiarą kradzieży danych, co pozwoliło przestępcom uzyskać dostęp do informacji dotyczących rezerwacji.

Komunikacja wyłącznie za pośrednictwem portalu

W takich sytuacjach przyda się pewna doza sceptycyzmu. Organizacje zajmujące się ochroną konsumentów i portale podkreślają: transakcje płatnicze są przetwarzane wyłącznie za pośrednictwem systemów rezerwacji tych portali. Klienci nigdy nie są proszeni o ponowne wprowadzenie danych dotyczących płatności w jakikolwiek inny sposób – na przykład za pośrednictwem poczty elektronicznej, telefonu lub czatu.

Zasadniczo zaleca się, aby nie komunikować się poza serwisami internetowymi służącymi do rezerwacji zakwaterowania online. Ponadto, najbezpieczniej jest wybrać opcję płatności na miejscu, w obiekcie noclegowym, jeśli jest ona oferowana.

W razie wątpliwości lepiej zapytać

Każdy, kto ma wątpliwości odnośnie pewnych wiadomości otrzymanych po dokonaniu rezerwacji, powinien skontaktować się z obsługą klienta portalu lub zadzwonić bezpośrednio do hotelu. Ważne jest, aby nie używać danych kontaktowych podanych w podejrzanej wiadomości. Jeżeli bowiem faktycznie jest ona próbą oszustwa, wówczas będziemy rozmawiać z przestępcami. Zamiast tego zaleca się odwiedzenie oficjalnej strony internetowej hotelu i odnalezienie prawidłowych danych kontaktowych.

Jeśli padliście ofiarą oszustwa i pieniądze zostały przelane, ważne jest, aby działać szybko i skontaktować się z bankiem, wydawcą karty kredytowej lub dostawcą usług płatniczych. Nadal może być możliwe wstrzymanie przelewu lub obciążenie zwrotne. Zaleca się zachowanie wszystkich wiadomości i zgłoszenie przestępstwa na policję.

Źródło: web.de

Niemcy: czy piesi również mogą stracić prawo jazdy?

Jazda autem po pijanemu zwykle pociąga za sobą konsekwencje, ale w Niemczech rowerzyści i piesi również mogą w niektórych sytuacjach stracić prawo jazdy.

Alkohol zaburza wyczucie odległości i prędkości, opóźnia reakcje kierowcy

Po wypiciu kieliszka wina lub szklanki piwa lepiej nie wsiadać za kierownicę samochodu. A to dlatego, że alkohol szybko pogarsza zdolność do prowadzenia pojazdów. Wielu kierowców ma tego świadomość i dlatego często sięga po rower zamiast po kluczyki do samochodu.

Ale wielu nie zdaje sobie sprawy z tego, że jadąc rowerem także można stracić prawo jazdy. Również ci, którzy myślą, że ryzyko to jest wykluczone w przypadku poruszania się pieszo, są w błędzie. Ponieważ nawet nie prowadząc samochodu, roweru lub hulajnogi elektrycznej, lecz idąc pieszo, i tak można stracić prawo jazdy.

Jazda po pijanemu: rowerzysta także może stracić uprawnienia do prowadzenia samochodu

Po spożyciu pewnej ilości alkoholu za osobę niezdolną do prowadzenia pojazdów uznaje się nie tylko kierowcę auta, ale również rowerzystę. Gdy stężenie alkoholu we krwi wynosi 1,6 promila, wówczas także rowerzystów uznaje się za całkowicie niezdolnych do kierowania pojazdami, a zatem jadąc w takim stanie na rowerze popełniają oni przestępstwo. Każdy rowerzysta, który ma ponad 0,3 promila alkoholu w organizmie i spowoduje wypadek, przeoczy czerwone światło lub ma inne objawy wskazujące na stan po spożyciu alkoholu, może zostać ukarany w podobny sposób jak kierowca samochodu – donosi portal „auto-motor-und-sport.de”.

Ponadto każdy, kto obecnie przygotowuje się do egzaminu na prawo jazdy i zostanie przyłapany na prowadzeniu roweru w stanie nietrzeźwości, musi liczyć się z tym, że nie zostanie dopuszczony do egzaminu na prawo jazdy. Dotyczy to również hulajnóg elektrycznych itp.

Pieszym także mogą grozić mandaty i odebranie prawa jazdy

Także w przypadku pieszych niezachowanie ostrożności w ruchu drogowym może skutkować karą pieniężną, a nawet odebraniem prawa jazdy. Według portalu „rueden.de”, piesi, którzy przejdą przez jezdnię w miejscu do tego nieprzeznaczonym, narażając innych na niebezpieczeństwo, mogą zostać ukarani mandatem w wysokości 10 euro.

Każdy, kto przechodzi przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle, popełnia wykroczenie i może zostać ukarany mandatem w wysokości 5 euro. Jeśli spowoduje przy tym wypadek, kwota ta wzrasta do 10 euro. Jeżeli wykroczenie powtórzy się, przejście na czerwonym świetle może skutkować punktami karnymi, a w szczególnie poważnych przypadkach może zostać nałożony zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych.

Źródło: www.echo24.de

Przechowywanie gotówki w domu: czy niemieckie prawo przewiduje górny limit?

Posiadanie gotówki pod ręką w razie wystąpienia nagłej potrzeby jest jednym z powodów, dla których wiele osób przechowuje swoje pieniądze w domu lub rozważa takie rozwiązanie. Ponadto, w czasach utrzymującej się wysokiej inflacji, niektórzy czują się zmuszeni do przechowywania pieniędzy w gotówce w domu, obawiając się zdeponowania ich w banku i narażania na ryzyko związane z wahaniami na rynku finansowym.

Federalny Urząd ds. Ochrony Ludności i Pomocy w Przypadku Katastrof radzi obywatelom, aby mieli odłożoną pewną ilość gotówki na wypadek zaistnienia sytuacji kryzysowej

Ale jaka jest obecna sytuacja prawna w Niemczech dotycząca przechowywania gotówki w domu – czy istnieją jakieś zasady dotyczące tego, ile gotówki można trzymać we własnych czterech ścianach?

Federalny Urząd ds. Ochrony Ludności i Pomocy w Przypadku Katastrof (niem. Bundesamt für Bevölkerungsschutz und Katastrophenhilfe, BBK) radzi obywatelom, aby mieli odłożoną pewną ilość gotówki na wypadek zaistnienia sytuacji kryzysowej, takiej jak przerwy w dostawie prądu, tak aby mogli z niej skorzystać w nagłej potrzebie. Jako powód BBK podaje fakt, że „w przypadku przerwy w dostawie prądu bankomaty również przestają działać”.

W 2020 r. Deutsche Bundesbank, bank centralny Republiki Federalnej Niemiec, opublikował wyniki badania na ten temat. Okazuje się, że średnio w gospodarstwach domowych lub skrytkach depozytowych w Niemczech przechowuje się 1.364 euro.

Ile gotówki należy mieć w domu na wypadek sytuacji nadzwyczajnych?

Federalny Urząd ds. Ochrony Ludności i Pomocy w Przypadku Katastrof zaleca, aby zasadniczo zawsze mieć w domu „wystarczającą ilość gotówki”. BBK nie wyjaśnia jednak, jaką dokładnie kwotę ma na myśli. Ogólnie rzecz biorąc, to, ile gotówki może się przydać w nagłych sytuacjach, zależy oczywiście również od liczby osób mieszkających w gospodarstwie domowym i ponoszonych przez nie wydatków. Dlatego też jednoosobowe gospodarstwo domowe potrzebuje mniej gotówki „na wszelki wypadek” niż gospodarstwo liczące kilkoro członków rodziny.

Jeśli chcecie przechowywać w domu większe ilości gotówki, powinniście rozważyć zakup sejfu, o ile jeszcze go nie macie. W przypadku kradzieży, zalania lub pożaru, ubezpieczenie wyposażenia domu działa tylko w ograniczonym zakresie: w większości przypadków limit odpowiedzialności kształtuje się w przedziale od 1.000 do 2.000 euro. Według Niemieckiego Stowarzyszenia Ubezpieczycieli (niem. Gesamtverband der Deutschen Versicherungswirtschaft e.V., GDV), jeśli chcecie przechowywać w domu większe sumy gotówki, należy dokonać indywidualnych ustaleń z firmą ubezpieczeniową i przechowywać pieniądze w sejfie. Ponadto wszelkie sejfy muszą być solidnie zamontowane w ścianie lub tak ciężkie, aby złodzieje nie mogli ich tak po prostu wynieść.

Przechowywanie gotówki w domu: jakie kwoty są dozwolone na gruncie prawa niemieckiego?

Krążą pogłoski, że we własnych czterech ścianach można przechowywać gotówkę w wysokości do 10.000 euro bez konsekwencji prawnych. Nie jest to jednak prawdą. Jak donosi między innymi portal inFranken.de, przepisy obowiązujące w Niemczech nie określają górnego limitu, jeśli chodzi o przechowywanie gotówki we własnym domu. Górna granica wynosząca 10.000 euro ma jednak zastosowanie w przypadku wpłaty gotówki w banku lub płatności za towary i usługi.

Przepis ten wynika z tzw. ustawy o praniu brudnych pieniędzy (niem. Geldwäschegesetz) – zabrania ona wpłacania lub przekazywania na konto kwoty wynoszącej 10.000 euro lub więcej. Każdy, kto chce wpłacić na swoje konto lub przekazać na konto innej osoby kwotę 10.000 euro lub wyższą, musi udowodnić, skąd pochodzą pieniądze. W przeciwnym razie istnieje ryzyko wszczęcia dochodzenia przez prokuraturę. Osobom, które przechowują większe ilości gotówki w domu, zaleca się zatem, aby nie wpłacały zbyt dużych kwot na raz.

Źródło: www.echo24.de

Niemcy: czy trzeba iść do pracy, gdy macie w domu chore zwierzę?

Jeśli dziecko leży w łóżku z gorączką i katarem, rodzice w Niemczech mają prawo do płatnego urlopu. Sytuacja wygląda nieco inaczej w przypadku chorych zwierząt domowych.

Zwierzęta są lojalnymi towarzyszami, którzy wzbogacają nasze życie. Ale jak każdy członek rodziny, one również mogą zachorować. Niestety, psy, koty i inne zwierzęta domowe nie potrafią nam powiedzieć, co im dolega. Dlatego ważne jest, aby nie zwlekać z wizytą u weterynarza i zapewnić im specjalistyczną pomoc. Jednak łatwiej powiedzieć niż zrobić: gabinety weterynaryjne są zwykle otwarte w godzinach, w których większość osób jest w pracy. W związku z tym wielu właścicieli zwierząt domowych w Niemczech zadaje sobie pytanie: czy mogę wziąć wolne w pracy, gdy mój czworonożny przyjaciel zachoruje?

Chory zwierzak: tak wygląda sytuacja prawna w Niemczech

Zgodnie z niemieckim kodeksem socjalnym, osoby ubezpieczone w ramach ustawowego systemu ubezpieczenia zdrowotnego otrzymują zasiłek chorobowy (niem. Krankengeld), jeżeli zgodnie z zaświadczeniem lekarskim nie mogą być obecne w pracy w związku z koniecznością zapewnienia opieki choremu dziecku objętemu ubezpieczeniem. Uprawnienie to przysługuje w wymiarze maksymalnie dziesięciu dni roboczych w roku kalendarzowym na dziecko oraz maksymalnie dwudziestu dni roboczych w przypadku rodziców samotnie wychowujących dziecko.

A jak wygląda sytuacja prawna w przypadku choroby zwierząt domowych? Niestety, nasi pupile w świetle niemieckiego prawa nie są uznawani za członków rodziny. W związku z tym pracownikom w Niemczech nie przysługują dni wolne od pracy na opiekę nad chorym zwierzakiem. Istnieją jednak inne sposoby na to, by zapewnić opiekę chorym zwierzętom.

Chory pupil: co robić w nagłych wypadkach?

Przede wszystkim należy zachować zimną krew. Być może Wasz pupil ma jedynie problemy trawienne, ponieważ poprzedniego dnia zbyt dużo zjadł. W takim przypadku nie musicie od razu pędzić do weterynarza, ale możecie poczekać do wieczora. Może się jednak zdarzyć także poważna choroba, którą należy zacząć leczyć tak szybko, jak to możliwe. Czasami liczy się każda sekunda. Na przykład, jeśli pies połknął zbyt dużą kość, może się nią zadławić.

W takich wyjątkowych sytuacjach zdrowie czworonożnego przyjaciela powinno oczywiście stać na pierwszym miejscu. Skontaktujcie się ze swoim przełożonym i wyjaśnijcie mu sytuację. Jeśli poinformujecie szefa o problemie i odrobicie później godziny nieobecności, nie powinien on mieć nic przeciwko Waszej wizycie u weterynarza w godzinach pracy.

Ochrona zwierząt a niemieckie prawo pracy: oto co należy wziąć pod uwagę

Chociaż zwierzęta domowe z prawnego punktu widzenia nie są uznawane za pełnoprawnych członków rodziny, w Niemczech przykłada się dużą wagę do ochrony zwierząt. Pracodawcy nie mogą zatem zmuszać swoich pracowników do przyjścia do biura, jeśli wiązałoby się to ze świadomym narażeniem życia zwierzęcia. Przepisy dotyczące ochrony zwierząt wyraźnie stanowią, że należy im zapewnić opiekę medyczną.

Jeśli więc nikt inny nie może zaopiekować się chorym lub rannym zwierzęciem, przyjście do pracy może być „niemożliwe” ze względu na dobrostan zwierząt – mówi Barbara Reinhard, prawniczka specjalizująca się w prawie pracy i członkini grupy roboczej ds. prawa pracy Niemieckiej Izby Adwokackiej (niem. Deutscher Anwaltverein). Konieczne jest wyważenie interesów obu stron – trzeba wziąć pod uwagę dobro zwierzęcia i interes pracodawcy i wówczas podjąć decyzję o ewentualnym pozostaniu w domu. W takich sytuacjach ważne jest, aby jak najszybciej skontaktować się z pracodawcą i zabrać zwierzę do weterynarza. Dzięki temu uniknie się ryzyka otrzymania upomnienia.

Chory zwierzak: kiedy można zostać w domu?

Gdy stan zagrożenia minie, należy wrócić do pracy. Jednak w zależności od choroby, może być konieczne dalsze sprawowanie opieki nad zwierzęciem, na przykład gdy wymagane jest regularne podawanie leków. Najlepiej byłoby, gdybyście mieli w rodzinie lub kręgu przyjaciół kogoś, kto mógłby zadbać o Waszego chorego pupila.

Jeśli nie jest to możliwe, porozmawiajcie ze swoim przełożonym i wyjaśnijcie mu sytuację. Wyrozumiały szef prawdopodobnie da Wam kilka dni wolnego – pod warunkiem, że odpracujecie opuszczone godziny. Możecie także poprosić o możliwość pracy w trybie home office w tych dniach, jeśli pozwala na to charakter Waszej pracy.

Źródło: www.merkur.de

Wypadek drogowy w Niemczech: jaki jest próg minimalny, po przekroczeniu którego firma ubezpieczeniowa musi wypłacić odszkodowanie?

Wasze auto uległo niewielkiemu uszkodzeniu na skutek wypadku drogowego, za który nie ponosicie winy? Koszty zostaną pokryte z ubezpieczenia drugiej strony. Ale czy w Niemczech istnieje jakiś próg minimalny, po przekroczeniu którego firma ubezpieczeniowa musi wypłacić odszkodowanie?

W większości przypadków kosztorys sporządzony przez warsztat samochodowy wystarcza, aby ubiegać się o odszkodowanie od firmy ubezpieczeniowej kierowcy drugiego auta uczestniczącego w wypadku. Musi ona również pokryć koszty prawnika.

Ponadto musi zapłacić za prywatną ekspertyzę. Ma to jednak zastosowanie tylko wtedy, gdy szkoda przekracza tzw. próg minimalny (niem. Bagatellgrenze).

W praktyce próg minimalny wynosi od 700 do 1.000 euro

Jak informuje grupa robocza ds. prawa o ruchu drogowym Niemieckiego Stowarzyszenia Adwokatów (niem. Deutscher Anwaltverein, DAV), sąd rejonowy w Brunszwiku w wydanym przez siebie orzeczeniu ustalił tę granicę na poziomie 700 euro, podkreślając jednak, że jest to jedynie orientacyjna kwota. W wyrokach innych sądów próg ten wynosił 900, a nawet 1.000 euro.

W rzeczywistości często trudno jest ocenić, czy sprawa jest błaha, czy nie, zwłaszcza dla osób poszkodowanych – wyjaśnia grupa robocza. Zasadniczo można przyjąć, że jeśli są rysy, lepiej najpierw udać się do specjalistycznego warsztatu.

500 euro za ekspertyzę w przypadku szkody na kwotę 1.000 euro?

Sprawa rozpatrywana przez sąd rejonowy w Brunszwiku dotyczyła kierowcy, który po wypadku drogowym domagał się od ubezpieczyciela drugiej strony pokrycia szkód w wysokości 1.090 euro oraz wyrównania z tytułu obniżenia wartości samochodu o 200 euro. Ponadto zażądał około 517 euro za prywatną ekspertyzę, której przeprowadzenie sam zlecił.

Firma ubezpieczeniowa nie chciała zapłacić tej kwoty. Uznała, że w przypadku tak niewielkiego uszkodzenia pojazdu, zlecanie prywatnej ekspertyzy było nieuzasadnione. Wówczas poszkodowany w wypadku wystąpił na drogę sądową. Z sukcesem. Sąd ustalił próg minimalny na wspomniane 700 euro i firma ubezpieczeniowa musiała zapłacić.

Źródło: www.t-online.de

Niemcy: na co powinniście zwrócić uwagę odbierając paczkę

0

Ogólne warunki i zasady świadczenia usług transportowych firm kurierskich zawierają, między innymi, regulacje dotyczące kosztów transportu i zakresu usług świadczonych przez daną firmę.

Doręczenie do rąk własnych odbiorcy

Firmy kurierskie oferują za dodatkową opłatą usługę „doręczenia do rąk własnych” (niem. „eigenhändig”). W takich przypadkach kurier może przekazać przesyłkę wyłącznie właściwemu odbiorcy – lub osobie posiadającej pisemne upoważnienie wystawione przez adresata.

Jeśli chcecie, aby przesyłka została dostarczona bezpośrednio do Was, powinniście sprawdzić, czy istnieje możliwość wybrania odpowiedniej opcji. Należy zapytać wysyłającego, czy może zlecić firmie kurierskiej doręczenie do rąk własnych zamawiającego.

Alternatywą dla doręczenia do rąk własnych jest zazwyczaj skorzystanie z paczkomatu. Należy pamiętać, że usługa „eigenhändig” jest z reguły znacznie droższa niż przesyłka standardowa.

Doręczenie zastępcze

Większość firm kurierskich zastrzega w swoich ogólnych warunkach i zasadach świadczenia usług transportowych prawo do doręczenia zastępczego do sąsiada, jeśli odbiorca jest nieobecny w momencie podejmowania próby doręczenia. W takim przypadku musicie zostać poinformowani o tym, że paczka została dostarczona do sąsiada – poprzez umieszczenie kartki w skrzynce na listy. Firma kurierska może przykleić tę kartkę na drzwiach tylko w wyjątkowych przypadkach, a mianowicie gdy nie ma skrzynki na listy lub nie ma do niej swobodnego dostępu.

Zasadniczo żaden sąsiad nie ma obowiązku przyjęcia paczki przeznaczonej dla innej osoby. Jednakże, gdy tylko wejdzie w posiadanie przesyłki, musi ją starannie przechowywać. Nie może po prostu zostawić jej przed drzwiami odbiorcy. Jeśli paczka zaginie, w pewnych okolicznościach sąsiad może zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Po odebraniu paczki przez sąsiada, dostawca nie ponosi już za nią odpowiedzialności.

„Umowa garażowa” (niem. Garagenvertrag) / zezwolenie na pozostawienie paczki w określonym miejscu w razie nieobecności odbiorcy (niem. Abstellgenehmigung)

Możliwe jest zawarcie z firmą kurierską tzw. Garagenvertrag („umowy garażowej”) lub zezwolenie na pozostawienie paczki w określonym miejscu w razie nieobecności odbiorcy (niem. Abstellgenehmigung). Wskazujecie wówczas miejsce – np. garaż, wiatę garażową, itp. – w którym paczki mogą być pozostawiane bez konieczności składania podpisu przez odbiorcę.

Uwaga: jeśli w takiej sytuacji towar zaginie, firma kurierska nie ponosi odpowiedzialności. Z punktu widzenia przewoźnika, dostawa jest należycie zrealizowana, gdy paczka zostanie pozostawiona w uzgodnionym miejscu – a przynajmniej wtedy, gdy odbiorca zostanie o tym fakcie poinformowany, aby umożliwić mu natychmiastowe wejście w posiadanie przesyłki. Federalny Trybunał Sprawiedliwości (niem. Bundesgerichtshof, BGH) orzekł, że poinformowanie odbiorcy o doręczeniu jest niezbędne, aby można było uznać je za skuteczne (wyrok z dnia 07.04.2022 r., sygn. akt AZ I ZR 212/20). Według BGH, klauzula zawarta w ogólnych warunkach i zasadach świadczenia usług transportowych, która nie przewidywała powiadomienia odbiorcy o doręczeniu, jest niedopuszczalna. Ryzyko zaginięcia lub uszkodzenia przesyłki, np. z powodu opadów deszczu, przechodzi wówczas na odbiorcę. W przypadku braku takiej umowy, przewoźnik nie może tak po prostu pozostawić przesyłki pod drzwiami lub w innym miejscu.

Odpowiedzialność w przypadku uszkodzenia

Jeśli opakowanie jest w widoczny sposób uszkodzone, najlepiej jest odmówić przyjęcia przesyłki przeznaczonej dla sąsiada. Tylko wtedy właściwy odbiorca może zdecydować, czy chce przyjąć przesyłkę w stanie uszkodzonym. Jeśli to możliwe, powinien on otworzyć taką paczkę w obecności kuriera i zlecić mu niezwłoczne odnotowanie uszkodzenia. Wynika to z faktu, że składając podpis po otrzymaniu paczki, nie tylko potwierdzacie jej odbiór, ale także to, że nie macie żadnych zastrzeżeń co do realizacji usług dostawy w momencie przekazania paczki. W razie wątpliwości oznacza to również potwierdzenie, że przesyłka została odebrana w stanie nieuszkodzonym.

Jeśli mimo to paczka zostanie przyjęta, w przypadku sporu odbiorca musi udowodnić, że za uszkodzenie odpowiedzialny jest nadawca lub firma kurierska. Ponieważ trudno to wykazać, może to oznaczać utratę ewentualnych roszczeń o zwrot kosztów.

Oczywiście ma to zastosowanie tylko wtedy, gdy uszkodzenie było widoczne z zewnątrz. Jeśli tak nie było, nadal można złożyć reklamację przez siedem dni po otrzymaniu przesyłki. W związku z tym wszelkie uszkodzenia wykryte po otwarciu paczki należy jak najszybciej zgłosić nadawcy lub firmie kurierskiej, aby można było domagać się wyrównania szkody.

Odpowiedzialność w przypadku zaginięcia

Umowa przewozu zawierana jest pomiędzy nadawcą a firmą kurierską. Odbiorca nie jest zatem stroną umowy. Jeśli wysłane towary zaginą, nadal możecie skontaktować się bezpośrednio z firmą kurierską w celu wyjaśnienia sprawy. Oczywiście możecie także poprosić nadawcę o to, aby on zwrócił się w tej sprawie do firmy przewozowej.

W przypadku wszystkich paczek można śledzić przesyłkę w internecie, przy pomocy otrzymanego numeru paczki. Jeśli to nie pomoże, możecie zgłosić zaginięcie do działu obsługi klienta firmy kurierskiej i bezpłatnie złożyć wniosek o odnalezienie przesyłki. Może to zrobić także nadawca. W tym celu należy określić dokładną zawartość paczki, udowodnić jej wartość, np. za pomocą faktury, oraz przedstawić dowód nadania.

Źródło: www.verbraucherzentrale-bawue.de

Piekarz, fryzjer, monter: czy w Niemczech daje się napiwki rzemieślnikom?

Hydraulicy, malarze i płytkarze często wykonują prace w domu przez wiele godzin, a nawet dni. Wprawdzie wystawiają potem rachunki za swoje usługi, ale czy mimo to wypada dać im dodatkowy napiwek? A może w Niemczech jest to niedozwolone?

Czy w Niemczech można dać napiwek rzemieślnikom?

Tak, klienci w Niemczech mogą dawać napiwki rzemieślnikom. Najlepiej wręczać je pracownikom w gotówce po zakończeniu przez nich pracy.

Jaka wysokość napiwku jest odpowiednia?

Wysokość napiwku jest kwestią indywidualną i powinna być obliczana na podstawie różnych czynników. Powinna wynikać z nakładu pracy i jej rezultatów. Za odpowiednią kwotę uznaje się jednak od pięciu do dziesięciu euro na osobę za dwie godziny pracy. W przypadku usług związanych z gastronomią, fryzjerstwem lub zabiegami kosmetycznymi napiwek oblicza się procentowo. W tym przypadku przyjmuje się, że powinno to być od siedmiu do dziesięciu procent kwoty na rachunku.

Czy napiwki podlegają opodatkowaniu?

Zasadniczo zatrudnieni rzemieślnicy (pracownicy najemni) nie muszą płacić podatku od napiwków zgodnie z § 3 nr 51 niemieckiej ustawy o podatku dochodowym (niem. Einkommenssteuergesetz, EStG), jeżeli są one przekazywane pracownikowi przez osoby trzecie dobrowolnie, jako dodatek do kwoty należnej za wykonanie pracy, a pracownik nie może wysuwać w stosunku do klienta żadnych roszczeń z tego tytułu.

Jednakże, jeśli usługodawca jest samozatrudniony, musi zapłacić zarówno podatek dochodowy, jak i podatek VAT od otrzymanego napiwku.

Uwaga na wyjątki

Warto mieć na uwadze to, że w niektórych branżach napiwek bywa obliczany z góry i uwzględniany na rachunku. Przykładem może być tzw. Metergeld, napiwek dla firm zajmujących się transportem mebli lub Bedienpauschale, opłata za obsługę w branży gastronomicznej. A zatem nie zawsze jest tak, że to klient decyduje o tym, czy chce dać napiwek – i w jakiej wysokości – czy też nie.

Kogo określa się mianem rzemieślnika?

Hydraulicy, kominiarze i mechanicy samochodowi to typowi rzemieślnicy. Ale osoby zajmujące się sprzątaniem budynków, piekarze i rzeźnicy to także rzemieślnicy, którzy wykonują nieprzyjemną lub uciążliwą pracę dla swoich klientów. Konsumenci mogą zatem bez wahania dawać napiwki także przedstawicielom tych zawodów.

Źródło: www.t-online.de