Dowiedz się jak niemieckie prawo reguluje płacenie alimentów na dzieci!

Artykuł 6 niemieckiej konstytucji (niem. Grundgesetz, w skrócie GG) mówi o tym, że rodzice muszą się troszczyć o swoje dzieci. Pojęcie to obejmuje również zapewnianie im finansowych środków do życia. Dodatkowo paragraf 1606 niemieckiego kodeksu cywilnego (niem. Bürgerliches Gesetzbuch, w skrócie BGB) reguluje kwestię płatności – ten rodzic, który nie jest w głównym stopniu odpowiedzialny za wychowanie dziecka, płaci alimenty. W języku prawniczym nazywa się to po niemiecku „Unterhaltspflicht“.

Decydująca jest tu kwestia, jaki model życia przyjęli rodzice. To znaczy, czy po rozstaniu dziecko w większym stopniu mieszka u jednego rodzica (niem. Residenzmodell-model stacjonarny, gdy władzę rodzicielską ma jeden rodzic), czy u obu (Wechselmodell, czyli opieka, inaczej piecza naprzemienna). W pierwszym przypadku, jeśli dziecko mieszka np. z matką, wtedy ojciec ma zazwyczaj tylko prawo do rzadkich, ściśle określonych kontaktów z dzieckiem (niem. Umgangsrecht). Nawet jeśli dziecko mieszka u niego przez 3 dni w tygodniu i ma w mieszkaniu ojca swój własny pokój, musi on płacić pełną kwotę alimentów. Jednak przy Residenzmodell, rodzic drugoplanowy może skorzystać z tak zwanego zwiększonego kontaktu z dzieckiem, jeśli ma duży wpływ na jego wychowanie. Sąd rodzinny może wtedy uznać, że taki rodzic ma więcej wydatków związanych z dzieckiem, np. choćby dojazdy do niego. Wtedy istnieje możliwość, aby odrobinę obniżyć wysokość alimentów.

Inaczej wygląda sprawa przy opiece naprzemiennej (niem. Wechselmodell). W tym przypadku dziecko mieszka połowę czasu u matki i połowę czasu u ojca (rodzice dzielą się obowiązkami po równo). W tej sytuacji obowiązek alimentacyjny nie ma miejsca. Markus Witt, opowiadający się za takim równouprawnieniem dodaje: „Rodzice spełniają wtedy swój obowiązek łożenia na utrzymanie bezpośrednio przy dziecku”. Jeszcze na jedną rzecz warto zwrócić uwagę, jeśli mowa o takim naprzemiennym modelu wychowywania dziecka: rodzice muszą zapewnić dziecku środki finansowe, odpowiednie do swoich zarobków (BGH FamRZ 2006, 2017). Następstwem takich przepisów jest fakt, że ojcowie, którzy więcej zarabiają niż ich była partnerka, będą zmuszeni do dodatkowego łożenia na utrzymanie dziecka, nawet jeśli w 50% zajmują się jego opieką. Oczywiście prawo działa też w odwrotną stronę: matka będzie musiała płacić alimenty, jeśli to głównie ojciec opiekuje się dzieckiem.

Alimenty w Niemczech muszą wystarczyć na pokrycie całego zapotrzebowania dziecka

Alimenty na dziecko obejmują wszystkie wydatki, jakie są potrzebne do pokrycia potrzeb dziecka. Zgodnie z paragrafem 1610 ustęp 2 Kodeksu Cywilnego (§ 1610 Absatz 2 BGB – Bürgerliches Gesetzbuch) alimenty obejmują „całkowite zapotrzebowanie dziecka włącznie z kosztami odpowiedniego przyuczenia do zawodu jak i koszty wychowania.”

Co oznacza, że alimenty są odpowiednio wysokie?

Zgodnie z niemieckim prawem alimenty muszą być odpowiednio wysokie, a ich wysokość „uzależniona jest od pozycji życiowej osoby potrzebującej” – tak stanowi paragraf 1610 ustęp 1 Kodeksu Cywilnego (§ 1610 Absatz 1 BGB). Konkretna wysokość alimentów obliczana jest z reguły bazując na tabelach zapotrzebowania oraz na skorygowanych dochodach netto płacącego rodzica. Najbardziej znaną tabelą, stosowaną zazwyczaj przez sądy rodzinne w Niemczech w celu ustalenia alimentów, jest tzw. „Düsseldorfer Tabelle” (tabela z wytycznymi Wyższego Sądu Krajowego w Düsseldorfie w porozumieniu z innymi Sądami Krajowymi oraz Sądem Rodzinnym). Tabela ta jest co roku aktualizowana na podstawie ustaleń pomiędzy Wyższym Sądem Krajowym w Düsseldorfie w porozumieniu z innymi sądami krajowymi oraz Sądem Rodzinnym.

„Tabela düsseldorfska” czyli Düsseldorfer Tabelle

W „tabeli düsseldorfskiej” określony jest stopień zapotrzebowania w zależności od wieku dziecka i wpływów netto rodzica zobowiązanego do płacenia alimentów. „Kindergeld” w wysokości 204 euro (od trzeciego dziecka 210 euro na dziecko – więcej o Kindergeld tutaj) jest uwzględniony w tabeli, więc w przypadku dzieci małoletnich, alimenty, których wysokość wynika z tabeli, zmniejszane są o połowę świadczenia Kindergeld (o ile Kindergeld wypłacane jest temu rodzicowi, z którym mieszka dziecko).

Dochody rodzica zobowiązanego do płacenia alimentów

Często punktem spornym przy obliczaniu wysokości alimentów jest wyliczenie skorygowanych dochodów netto rodzica zobowiązanego do płacenia alimentów. Chodzi tu o realne dochody, czyli przede wszystkim miesięczną wypłatę netto w przypadku osób nie prowadzących działalności na własny rachunek, jak i inne wpływy zgodnie z prawem podatkowym: wpływy z własnej działalności, z wynajmu lokali, dzierżawy czy rezerwy kapitałowe.

Przykłady obliczania alimentów w Niemczech

Przy zarobkach netto do 1.900 euro, alimenty na małe dziecko wynoszą w Niemczech 354 euro miesięcznie. Potem stawka ta rośnie w czterech turach aż do 18. urodzin dziecka i wynosi do 527 euro. Z kolei jeśli rodzic zobowiązany do łożenia na utrzymanie zarabia do 5.500 euro netto, powinien płacić 567 euro miesięcznie na dziecko do lat pięciu i 844 euro za dziecko pełnoletnie, które przyucza się do zawodu i nie ma jeszcze własnych dochodów.
Jednak należy dodać, że wartości podane w tabeli nie są wiążące dla sądów, lecz są jedynie wyznacznikiem. W przypadku kilkorga dzieci stawki są trochę niższe. Natomiast rodzicowi, który płaci alimenty, zawsze musi zostać pewna kwota na własne utrzymanie i własne wydatki – przyjmuje się na ten cel minimum 1.300 euro. Zasiłek w postaci Kindergeld potrącany jest z wypłacanych alimentów, tak więc rodzic odpowiedzialny za łożenie na utrzymanie dziecka, płaci odpowiednio mniej.

Kolejne przykłady:

Zgodnie z Düsseldorfer Tabelle, rodzic, którego skorygowany dochód netto wynosi do 1.500 euro, ma do zapłacenia alimenty (już po uwzględnieniu Kindergeld) w wysokości 297 euro za jedno dziecko w wieku 6-11 lat i 364 euro w przypadku dzieci w wieku 12-17 lat.

W przypadku skorygowanych dochodów netto w wysokości pomiędzy 2.301 a 2.700 euro, alimenty na dziecko w wieku 6-11 lat wynoszą 356 euro, a dla dziecka w wieku 12-17 lat 433 euro. Te stawki dotyczą zawsze dwojga pierwszych dzieci. Od trzeciego dziecka stawki się zmniejszają.

Konkretne zapotrzebowanie na alimenty zamiast wartości z tabelki

Aktualna Düsseldorfer Tabelle nie ma mocy prawnej i nie jest uznawana za wiążącą. Jednak służy ona, zwłaszcza w przypadku sporów, jako wartość, którą należy się kierować i często stosowana jest przez Sądy Rodzinne jako podstawa do wyliczania wysokości alimentów. Abstrahując od tej tabeli, można również udokumentować faktyczne zapotrzebowanie dziecka i wtedy można całkowicie zrezygnować z wartości podanych w tabeli. Dotyczy to przede wszystkim osób, które zarabiają ponadprzeciętnie i w związku z tym nie można znaleźć odwzorowania ich sytuacji materialnej w tabeli.

Minimalne alimenty w Niemczech

Dla rodziców zobowiązanych do płacenia alimentów, ale nie posiadających dochodów, dużą rolę odgrywa paragraf 1612 Kodeksu Cywilnego (§ 1612 BGB), który określa minimalną wysokość alimentów dla osób małoletnich. W związku z tym, rodzic zobowiązany do płacenia alimentów objęty jest „wzmożoną powinnością do wykonywania pracy zarobkowej”. Musicie wtedy jako rodzice wykorzystać wszystkie możliwe sposoby zarobku, aby zapewnić tę minimalną wysokość alimentów. Oznacza to, że musicie się wystarczająco starać, aby uzyskać takie dochody, które umożliwią Wam płacenie alimentów w tej minimalnej wartości.

Alimenty na partnera/kę podczas separacji w Niemczech

Niniejszy artykuł wyjaśnia jak wygląda sprawa alimentów na partnera/kę w Niemczech:

Separacja w Niemczech – kiedy łożenie na utrzymanie partnera/-ki jest uzasadnione?

Jak egzekwować alimenty od rodzica mieszkającego w Niemczech?

Jeśli rodzic, który jest zobowiązany do płacenia alimentów przebywa za granicą, to można je egzekwować na dwa sposoby:

  1. Pierwszy to skorzystanie z Konwencji Nowojorskiej. Na jej podstawie można zwrócić się do sądu okręgowego właściwego dla miejsca pobytu dziecka z wnioskiem, aby przesłał do właściwego organu w państwie pobytu dłużnika dokumenty upoważniające do przeprowadzenia egzekucji alimentów zasądzonych przez sąd polski. Dzięki temu nie musimy dochodzić alimentów samodzielnie,  to sąd okręgowy będzie wykonywał za nas wszelkie czynności.
    Za czynności podejmowane w trybie Konwencji nowojorskiej związane z przyjmowaniem wniosków i dokumentów uzasadniających roszczenia alimentacyjne nie pobiera się opłat.
    Organ zagraniczny, w zależności od konkretnej sytuacji, kieruje sprawę do właściwego sądu w celu nadania polskiemu wyrokowi klauzuli wykonalności lub w celu zasądzenia alimentów.
  2. Drugim sposobem egzekwowania alimentów jest dochodzenie roszczenia na podstawie Rozporządzenia Rady (WE) NR. 4/2009 i dotyczy ono egzekucji na terenie Unii Europejskiej. Osoba, która nie otrzymuje alimentów może wystąpić za pośrednictwem sądu okręgowego właściwego dla swojego miejsca zamieszkania do specjalnego urzędu centralnego w kraju UE, w którym mają być dochodzone alimenty.
    Dzięki w/w rozporządzeniu procedura alimentacyjna będzie szybsza, a alimenty będą szybciej egzekwowane w Polsce bez konieczności potwierdzania wykonalności zagranicznych orzeczeń. (za powroty.gov.pl)

Poszukiwane dzieci z Ibbenbüren, Steinfurtu i okolic chcące podjąć naukę j. polskiego!

0

Jak donosi PepeTV Konsulat Generalny RP w Kolonii poszukuje dzieci z Ibbenbüren, Steinfurtu i okolic, które chcą podjąć naukę j. polskiego!

Poniżej komunikat ze strony Konsulatu:

„Konsulat Generalny RP w Kolonii poszukuje rodziców, chętnych posłać dzieci na lekcje języka polskiego w powiecie Steinfurt.

Zachęcamy do zgłoszenia zapotrzebowania na język polski w niemieckich szkołach. Lekcje języka polskiego mogą odbywać się w nich w ramach HSU (Herkunftssprachlicher Unterricht), czyli języka kraju pochodzenia. W tym celu należy zebrać 10-15 dzieci w zbliżonym wieku i utworzyć nową grupę. Wypełnione formularze zgłoszeniowe należy przekazywać Panu Antoniemu Bednarkowi  [email protected]. Prosimy jednocześnie o przesłanie do nas kopii formularza na [email protected].”

Formularze zgłoszeniowe znajdziecie na stronie Konsulatu:

http://kolonia.msz.gov.pl/pl/wspolpraca_dwustronna/polonia/poszukiwane_dzieci_z_ibbenburen__steinfurtu_i_okolic

Więcej informacji z Niemiec na kanale YouTube PepeTV:

https://www.youtube.com/watch?v=fbBp7UderQw

Policja z Dortmundu poszukuje Polaka – nie chce jego pieniędzy!

0

Niektóre problemy chciałoby się mieć samemu. Tego rodzaju problem trapi policję z Dortmundu. Ta poszukuje aktualnie sprawcę wykroczenia drogowego. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że nie chodzi tutaj o to, że osoba ta nie płaci grzywny, tylko, że płaci za dużo!

7 stycznia 2016 funkcjonariusze wystawili polskiemu kierowcy mandat w wysokości 30 euro za brak zapiętych pasów. Pieniądze te przelał błyskawicznie znajomy 33-letniego mężczyzny. Ten prawdopodobnie się pomylił i ustawił w banku zlecenie stałe. W ten sposób uzbierało się już 420 euro: „Punktualnie 22. każdego miesiąca otrzymujemy przelewem 30 euro” – napisano w ogłoszeniu dortmundzkiej policji, która w nadziei na znalezienie nadgorliwego płatnika opublikowała ogłoszenie na Facebooku (w drugiej części również po polsku):

https://www.facebook.com/Polizei.NRW.DO/posts/1450599848293954:0

Nie udało się zlikwidować stałego zlecenia, gdyż obydwie osoby wyprowadziły się z podanego policji adresu i nie zameldowały ponownie w Niemczech.

Wszystkie osoby, które są w stanie pomóc znaleźć poszukiwanego proszone są o kontakt:

0231 132 4461

Czy w Niemczech istnieje prawo do drugiej opinii lekarskiej?

Jeśli czeka Was w Niemczech operacja, to warto zasięgnąć opinii drugiego specjalisty – tak uważa większość ludzi. Jednak nie przy wszystkich diagnozach przysługuje prawo do drugiej opinii.

W połowie roku 2015, niemiecki ustawodawca wyraźnie określił, kiedy przysługuje prawo do takiej drugiej opinii lekarskiej. Ustalił też, że państwowe kasy chorych muszą ponieść koszty z tym związane. Prawa pacjenta udokumentowane na piśmie to już coś – jednak nie przy wszystkich diagnozach. Prawo do dalszych opinii ekspertów przysługuje tylko w przypadku planowych operacji jak i w przypadku operacji, które ze względów gospodarczych wykonywane są częściej niż byłoby to konieczne z medycznego punktu widzenia.

To, przy których konkretnie zabiegach można zasięgnąć drugiej opinii, nie zostało jeszcze uregulowane. Na wytyczne z listą takich zabiegów niestety trzeba jeszcze poczekać.

Prawo do drugiej opinii lekarskiej w Niemczech

W związku  z tym, że osoby ustawowo ubezpieczone mogą dowolnie wybrać sobie lekarza, nie stanowi to problemu, aby zasięgnąć drugiej opinii u kolejnego eksperta. Ten może to rozliczyć z państwową kasą chorych. Jeśli planujecie zasięgnąć takiej drugiej opinii lekarskiej w Niemczech, powinniście poinformować o tym Waszego lekarza i poprosić go o udostępnienie w tym celu historii choroby, wyników badań czy zdjęć rentgenowskich.

Pacjenci maja prawo do wglądu w całą swoją kartę pacjenta. Mogą też zażądać kopii w wersji elektronicznej. Dzięki temu nie trzeba przeprowadzać podwójnych badań, które mogą mieć negatywny wpływ na zdrowie pacjenta, a poza tym wiążą się z kosztami. Pacjenci mają prawo do kopii swoich akt i wszystkich badań. Jedynie za koszty tych kopii lekarz może wystawić rachunek.

Nowe regulacje przy określonych zabiegach

Jeśli planowana jest operacja, która zgodnie z nowymi przepisami uzasadnia prawo do drugiej opinii, wtedy lekarz musi poinformować pacjenta przynajmniej 10 dni wcześniej o takiej możliwości. Jednak nie zostało jeszcze sprecyzowane, jakich procedur medycznych ma to dotyczyć.

Ponadto należy poinformować pacjenta, że ma on prawo do wglądu w swoje akta i że w tym wypadku kasa chorych pokrywa również koszty kopii tych dokumentów. Lekarz powinien także wskazać listę specjalistów, którzy są odpowiednio wykwalifikowani, aby przygotować taką drugą opinię przed planowanym zabiegiem.

Dodatkowe usługi kas chorych

Państwowe kasy chorych mogą też opłacić ubezpieczonym pacjentom zasięgnięcie drugiej opinii przed operacją na własną rękę. Dlatego warto zapytać o taką możliwość w swojej kasie chorych.

Np. połowa wszystkich 62 kas chorych w NRW proponuje tą opcję. Z tych 32 ok. 2/3 zezwalają na poradę drugiego specjalisty w przypadku zabiegów na kręgosłup, biodro, kolano lub ramię. 1/3 kas chorych mających w ofercie dodatkowe usługi, umożliwia pacjentom chorym na raka, opinię drugiego specjalisty.

W pojedynczych przypadkach, oferta ta skierowana jest także do pacjentów z zaplanowaną operacją serca albo jakimś innym sposobem leczenia. W zależności od kasy chorych, różny jest przebieg postępowania w sprawie zasięgnięcia drugiej opinii. Np. w NRW połowa tych wcześniej wymienionych 32 kas chorych załatwia to poprzez portale online – wgrywa się dokumenty i na ich podstawie następuje konsultacja lekarska. Druga połowa z kolei ustala termin u jednego ze specjalistów, z którymi współpracuje.

Jakość drugiej opinii

W przyszłości w trakcie postępowania w sprawie drugiej opinii będzie trzeba przestrzegać wytycznych odnośnie jakości porady: zarówno jeśli chodzi o jakość oceny jak i o kwalifikacje lekarza, który ją wydał. Te wymagania dotyczą jednak operacji, które dopiero mają zostać ustalone i które zgodnie z przepisami wymagają drugiej opinii. W przypadku wszystkich innych postępowań w sprawie drugiej opinii nie ma żadnych konkretnych wytycznych.

Pacjenci powinni mieć na uwadze, że w pewnych okolicznościach nie otrzymają obiektywnej drugiej opinii. W szpitalach sprawy gospodarcze również mają duże znaczenie. Medycyna to tak naprawdę jeden wielki biznes. Dlatego taka druga porada może ew. podlegać wpływom biznesowym.

Podobnie jest w przypadku drugiej opinii w kasach chorych. Tutaj istnieje ryzyko, że tzw. „współpracujący specjaliści” albo portale online odwiodą pacjenta od drogiego zabiegu. Warto więc drążyć temat, dlaczego akurat ci, a nie inni specjaliści są szczególnie wykwalifikowani do przeprowadzenia drugiej opinii. Należy wyjaśnić bezpośrednio z ubezpieczycielem, czy powstaną jakieś ewentualne koszty dodatkowe i kiedy można liczyć na drugą ekspertyzę.

Obok kas chorych istnieją też biura, które specjalizują się w przygotowywaniu drugiej opinii. Jednak wtedy pacjent musi sam za nią zapłacić.

Generalnie należy mieć na uwadze, że w przypadku zabiegów na biodro, kolano czy kręgosłup, chodzi o zabiegi, których nie da się już cofnąć. Są to przełomowe momenty w życiu. Życie ze sztucznym kolanem nie jest już tym samym co z własnym kolanem, ale za to pewnie mniej bolesne. Taka decyzja jest niezwykle ważna i musi zostać dobrze przemyślana. Zanim pacjent jako laik w ogóle będzie mógł podjąć taką decyzję, zdany jest na doradztwo i drugą specjalistyczną opinię.

Niesamowita historia! Żydowski chłopiec po 70 latach odnajduje swoich polskich wybawicieli

0

Mamy rok 1943. W całej Europie szaleje wojna. Niemcy starają się realizować swój szalony plan eksterminacji Żydów. W tej przerażającej atmosferze wychowuje się wówczas czteroletni Michael Hochberg, który mieszka wraz z rodzicami w warszawskim getcie. W pewnym momencie, zrozpaczona matka Michaela przerzuca go za mury getta, w nadziei, że w ten sposób uda jej się ocalić ukochanego syna przed nieuchronną śmiercią.

https://www.flickr.com/photos/hauptillusionator/10729921286

I rzeczywiście, dziecko zostaje znalezione przez żołnierzy AK. Zajmują się nim małżonkowie Rozalia oraz Józef Jakubowscy, którzy ukrywają go we własnym mieszkaniu. Mimo, że Niemcy nieustannie przypominają, iż ukrywanie Żydów będzie karane śmiercią, Jakubowscy nie uginają się. Również ich córka, Krystyna, akceptuje Michaela jak własnego brata. Wraz z końcem wojny Polacy oddają go do żydowskiego domu dziecka, w nadziei, że zostanie tam odebrany przez członków rodziny, którym udało się przeżyć wojnę. Niestety rodzice dziecka zostali zabici w obozie koncentracyjnym. W roku 1950 Michael emigruje do Izraela, gdzie osiada na stałę i zakłada rodzinę. Nigdy jednak nie zapomina o polskiej rodzine, której zawdzięcza życie.

70 lat później dochodzi do niesamowitego spotkania: Michael Hochberg dowiaduje się, iż jego przyrodnia siostra z okresu niemieckiej okupacji mieszka aktualnie w Nowym Jorku i postanawia ją odwiedzić.

Wideo przedstawiające kilka momentów spotkania możecie obejrzeć poniżej:

Jazda pasem awaryjnym w Niemczech i konsekwencje prawne

Chcesz wyminąć w korku inne samochody, a może złapałeś gumę i chcesz zjechać na pas awaryjny i tam zaparkować? Dzięki naszemu artykułowi dowiesz się, co jest dozwolone na pasie awaryjnym w Niemczech. Istotne jest, czy rzecz ma miejsce na ulicy w terenie zabudowanym lub też w terenie niezabudowanym.

Pas awaryjny jest pasem położonym obok jezdni, jest także nazywany pasem wielofunkcyjnym. W przeciwieństwie do pasa parkingowego, na którym można w strefie zabudowanej i niezabudowanej parkować oraz zatrzymywać się, na pasie awaryjnym nie wszystko jest dozwolone.

Jazda pasem awaryjnym jest w Niemczech generalnie zabroniona

Niemiecki kodeks drogowy (Straßenverkehrsordnung) nieprzychylnie odnosi się do jazdy po pasie awaryjnym, zasadniczo nie jest ona dozwolona: „Pobocze służy bezpieczeństwu, np. w sytuacji awarii lub wypadku“ wyjaśnia prawnik Dr. Michael Burmann ze Związku Robotniczego Prawa Ruchu Drogowego w Niemieckim Związku Prawników (Arbeitsgemeinschaft Verkehrsrecht im Deutschen Anwaltverein – DAV). W przypadku gdy kierowca np. złapie gumę i zjeżdża na prawą stronę z jezdni, to może w takiej sytuacji użyć pasa awaryjnego do zatrzymania się.

Jazda pasem awaryjnym w Niemczech w terenie zabudowanym

Poza terenem zabudowanym jazda pasem awaryjnym jest dozwolona tylko dla wolno jeżdżących pojazdów, takich jak pojazdy wielkogabarytowe, posiadających dużą ładowność albo rolniczych furmanek, za którymi mógłby się w przeciwnym razie utworzyć się korek. Takie pojazdy mogą zatrzymać się na pasie awaryjnym lub dalej jechać po pasie awaryjnym w wolnym tempie, po to by inni uczestnicy ruchu drogowego mogli je wyprzedzać. Istotne jest, iż na autostradzie taka jazda nie jest dozwolona pasem awaryjnym.

Jazda pasem awaryjnym w Niemczech na autostradzie

Na autostradzie nikt nie jest upoważniony do jazdy po pasie awaryjnym. Służy on bowiem jako środek bezpieczeństwa i daje możliwość zatrzymania się w razie awarii lub wypadku. W sytuacji gdy niektórzy kierowcy chcą sobie i innym nieco usprawnić jazdę w czasie korku i jadą pasem awaryjnym do najbliższego zjazdu, to ich czyn jest wykroczeniem. Takie zachowanie jest postrzegane jako niedozwolone wyprzedzanie prawa stroną.

Mandat za jazdę po pasie awaryjnym w Niemczech

Mandat za jazdę po pasie awaryjnym w terenie zabudowanym wynosi w Niemczech 30 euro, a w terenie niezabudowanym – 100 euro, można także otrzymać 1 punkt karny w skali Flensburg. Pamiętajmy, że gdy podczas jazdy po pasie awaryjnym w Niemczech będziemy mieli wypadek, to ponosimy współodpowiedzialność, a w niektórych przypadkach nasza wina może zostać zakwalifikowana jako nadrzędna.

Piesi mogą wymijać na pasie awaryjnym, zarówno w strefie zabudowanej, jak i poza nim: piesi muszą wymijać na pasie awaryjnym, kiedy na chodniku jest transportowany przedmiot wielkogabarytowy i tym samym przeszkadza innym pieszym. Na drogach, gdzie brakuje chodnika piesi muszą również korzystać z pasa awaryjnego. Kiedy nie ma pasa awaryjnego to muszą się oni także poruszać po drodze.

W terenie zabudowanym w zasadzie można na pasie awaryjnym parkować i zatrzymywać się. Jednakże tylko wtedy, gdy pas jest dostatecznie utwardzony. Oczywiście, mogą się na nim także zatrzymywać kierowcy, którzy złapali gumę lub miała miejsce inna awaria pojazdu.

Dr Łukasz Wolak z uchodzcywniemczech.pl o pracy naukowca i kilku mało znanych wydarzeniach historycznych

0

Dojczland.info: Dzień dobry. Dzisiaj będzie z nami rozmawiać pan dr Łukasz Wolak z uchodzcywniemczech.pl. Dziękujemy, że zechciał Pan poświęcić nam swój czas. Jest pan naukowcem, którego zakres zainteresowań skupia się głównie wokół Polaków w Niemczech po II wojnie światowej, polskich organizacji emigracyjnych, a także przestępstw wobec polskich dóbr kultury zarówno podczas II wojny światowej, jak również w czasach PRL-u. Skąd wzięło się zainteresowanie tymi tematami?

Dr Łukasz Wolak: Na początek chce podziękować Państwu za zaproszenie do rozmowy.

Zagadnienie grabieży dóbr kultury zainteresowało mnie podczas podstawowych studiów historycznych. W pracy magisterskiej chciałem wykazać cały proces grabieży od jej początkowego stadium na terenie III Rzeszy przez Anschluss Austrii i przyłączenie części Czechosłowacji po właściwe stadium na terenie okupowanej Polski. Jeszcze przed końcem studiów moje zainteresowania zaczęły ewoluować. Nałożyły się na nie kolejne tematy – kradzieże dóbr kultury na terenie Polski oraz przestępstwa wobec zabytków. Wynikały one wprost z zainteresowań kryminalistyką. Tak się złożyło, że z czasem porzuciłem te problemy i zainteresowałem się polskimi uchodźcami wojennymi w Republice Federalnej Niemiec. Tym razem było ono związane z tematem pracy doktorskiej, którą poświęciłem dziejom Zjednoczenia Polskich Uchodźców w Republice Federalnej Niemiec (ZPU).

To wówczas po raz pierwszy zetknąłem się tą grupą Polaków, która po zakończeniu II wojny światowej zdecydowała się pozostać na terenie zachodnich stref okupacyjnych a później Republiki Federalnej Niemiec. To środowisko utworzyli byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i niemieckich obozów pracy, byli żołnierze Polskich Sił Zbrojnych, byli żołnierze Armii Krajowej, byli Powstańcy Warszawscy, a także polskie dzieci poddane w czasie wojny przymusowej germanizacji. Z upływem czasu zaczęli do niego dołączać uchodźcy polityczni z komunistycznej Polski. Była to bardzo różnorodna grupa, która z różnych powodów nie zdecydowała się wracać do kraju albo opuściła go w obawie przed represjami aparatu bezpieczeństwa. W omawianym przypadku zainteresowały mnie wszelkie przejawy aktywności tego środowiska związanego z ZPU a ponieważ zarząd tej organizacji dążył do scentralizowania wielu obszarów aktywności Polaków w Niemczech jego zasięg był dość szeroki. Równolegle zacząłem interesować się „jednostką” tzn. poszczególnymi działaczami i członkami organizacji. Szybko zorientowałem się, że o wielu działaczach brak jakichkolwiek informacji. Zdałem sobie wówczas sprawę z ogromu braków badawczych. Początki były dość skromne, ponieważ tylko w nielicznych przypadkach mogłem o nich powiedzieć coś więcej – mniej więcej kilka zdań. Jednak nadal o zdecydowanej większości nic nie wiedziałem! Stopniowo docierając do kolejnych archiwaliów związanych z  działaczami ZPU przede wszystkim z centralnymi strukturami: zarządem głównym, sądem, główną komisją rewizyjną, zdobywałem kolejne informacje.  Z upływem lat w kilku przypadkach okazało się, że wiele z tych osób swoją aktywnością zapisało bardzo ciekawą kartę w historii. W którymś momencie postanowiłem pójść dalej i zgłębić wiedzę o kolejnych przedstawicielach tamtego środowiska co z powodzeniem trwa po dzień dzisiejszy. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że to praca na kolejne lata.

Jak scharakteryzowałby pan swoją działalność naukową? Na czym ona polega?

Zasadniczo moja praca nie różni się od pracy historyków zatrudnionych w jednostkach badawczych np. w Uniwersytetach czy instytucjach, które statutowo zajmują się badaniami naukowymi. I ja prowadzę kwerendy archiwalne oraz biblioteczne, spotykam się lub koresponduje ze świadkami minionych wydarzeń, uczestniczę w konferencjach i staram się publikować swoje wyniki badań. Pewną wartością dodaną – równoległą do powyższych działań, jest moja aktywność na blogu. To w środowisku historyków nadal mało rozpowszechniona forma popularyzacji wiedzy. Takich form upowszechniania nauki przy tak ogromnym potencjale polskiej humanistyki powinno być zdecydowanie więcej – ale to jedynie moje skromne zdanie. Na blogu w dużej mierze zamieszczam nieznane dotąd w polskiej historiografii częściowe biogramy różnych działaczy. Staram się uwypuklać w mniej lub bardziej interesujący sposób historie związane z tamtym środowiskiem. Nie jestem ograniczony żadną barierą ani tematem a tym bardziej problemami badawczymi, które mogą wywołać pewne kontrowersje. Uważam, że należy dyskutować nad każdym opisywanymi przeze mnie przypadkami i jestem otwarty na dyskusję. Większość czasu spędzam przed komputerem, w sieci znajduje się co raz więcej różnego rodzaju źródeł, czasami odrywam się od wirtualnego świata i korzystam z tradycyjnego sposobu wyszukiwania informacji.

W jaki sposób można zostać naukowcem? Jaką drogę należy przejść, aby móc zająć się pracą naukową?

Czy naukowcem można zostać!? Wydaje mi się, że to raczej droga, którą się wybiera. Poza tym warto się zastanowić nad tym co oznacza bycie naukowcem? Oczywiście dzisiaj każdy może wybrać taką drogę. Wyobrażam sobie, że elementem decydującym będą pewne predyspozycje lub własne zainteresowania. Inne będą towarzyszyły naukom ścisłym a inne szeroko rozumianej humanistyce. Zdecydowanie podstawową sprawą są studia. Wraz z ich wyborem i dalszą edukacją nabywamy podstawową wiedzę i umiejętności warsztatowe. Bardzo często zdarza się, że już na studiach zaczynamy interesować się jakimś zagadnieniem – krystalizują się nasze wyobrażenia. Jeśli tylko decydujemy się pogłębiać dalej nasze zainteresowania wyjściem z sytuacji będą dalsze studia np. doktoranckie – ale nie jest to warunek konieczny do prowadzenia badań. Właściwie przez cały czas zajmując się nauką uczymy się nowych rzeczy i zdobywamy kolejną wiedzę. W badaniach jesteśmy zobligowani do stosowania przyjętych zasad i metod badawczych. Decydując się na taką drogę zobligowani jesteśmy, poszukując odpowiedzi na pytania na które nikt dotąd nie odpowiedział, do wykorzystania szerokiej bazy źródłowej a w naukach ścisłych – wyników badań laboratoryjnych. To warunek konieczny aby realizować się naukowo.

Nad jakim zagadnieniem(ami) pracuje pan aktualnie?

W chwili obecnej pracuje nad słownikiem/leksykonem działaczy polskich uchodźców. Przez ostatnie lata udało mi się zebrać informacje o kilkuset działaczach tamtego środowiska.  Niestety po dziś dzień wielu z nich pozostaje anonimowych. Ponadto na bieżąco zajmuje się dziejami Zjednoczenia Polskich Uchodźców, które mam nadzieje w tym roku zakończyć.

Co panu sprawia najwięcej radości w pracy naukowej i motywuje do dalszego działania?

Poszukiwania i odkrycia – to chyba najlepszy tandem. Osobiście największą satysfakcję sprawiają mi same poszukiwania przede wszystkim dokumentów/wszelkich informacji/fotografii. Mógłbym to porównać do „białego” wywiadu lub pracy detektywa. Bardzo często poszukiwaniom towarzyszą emocje, które udzielają się po odkryciu nieznanych dotąd faktów. Coraz częściej wykorzystujemy do naszych badań spotkania ze świadkami historii. To równie ekscytujący moment w pracy historyka. Ponadto nadal uwielbiam tradycyjną metodę wykonywania kwerend. Wertowanie dokumentów czy przeglądanie katalogów kartkowych w bibliotekach ma w sobie „to coś” chociaż współcześnie wydaje się to metoda archaiczna. Nie wyobrażam sobie jednak wielu dziedzin bez tej tradycyjnej metody poszukiwań w tym: archeologów, historyków sztuki a nawet historyków dziejów starożytnych, mediewistów czy dziejów najnowszych. Wielu z nas korzysta z bibliotek i archiwów.

Czy podczas pańskich badań udało się panu dotrzeć do informacji i faktów, które nie były wcześniej znane szerszej publiczności?

Tak – zdecydowanie tak. Przytoczę kilka interesujących przypadków.

Jakiś czas temu przeglądając materiały poświęcone jednemu z działaczy Zjednoczenia Polskich Uchodźców odkryłem polski wątek sprawy związanej z aresztowaniem Olega Pieńkowskiego, którą prowadził kontrwywiad Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL. Okazało się, że cała sprawa ruszyła po aresztowaniu brytyjskiego łącznika Wynne’a Genville przez KGB na Węgrzech, który kontaktował się O. Pieńkowskim. Ponieważ kilka razy przed aresztowaniem Genville przebywał wraz z brytyjską delegacją w PRL i wizytował zakłady związane z Centralą Handlu Zagranicznego jego wizyty na terenie Polski prześwietlał kontrwywiad MSW. Odbyło się to na prośbę KGB, które zbierało informacje o jego wcześniejszej aktywności wywiadowczej i ewentualnych kontaktach. Ustalono z kim i gdzie się spotykał ale nie było żadnego punktu zaczepienia. Niestety polska komórka kontrwywiadu ustaliła nie wiele. To co w całej sprawie zwróciło moją uwagę to moment w którym Genville podczas kolejnego pobytu w Polsce starał się u dyrektora wojewódzkiego Polskiego Związku Motorowego w Łodzi o wydanie prawa jazdy uprawniającego do kierowania pojazdem na terenie KDL. Związek Motorowy dość szybko wydał mu taki dokument a on z kolei wjechał samochodem na teren ZSRS i prawdopodobnie wyjechał inną drogą. W toku prowadzonej sprawy przez MSW dyrektor Związku nie przyznał się do tego aby taki dokument wydawał. Niestety poza tymi informacjami cała sprawa urywa się i nie wiem jakie były dalsze działania prowadzone przez kontrwywiad MSW.

W innym przypadku rozpocząłem odkrywanie nie znanych dotąd losów zasłużonego przedwojennego oficera rezerwy kawalerii – rtm. dr inż. Bolesława Zawalicz-Mowińskiego ps. „Zawalicz”, „Gończ”, „Stef”, „Witold”, Dyrektor”. Niemal od pierwszych chwil po przegranej wojnie obronnej Polski w 1939 r. zaangażował się on w działalność Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) na terenie okręgu warszawskiego a po przekształceniu tej struktury w Armię Krajową na terenie obszaru warszawskiego. Z chwila wybuchu Powstania Warszawskiego walczył w nim na stanowisku zastępcy dowódcy Zgrupowania „Róg”. Podczas walk wraz z oddziałem otrzymał rozkaz odbicia i utrzymania Katedry pw. św. Jana. Ta operacja mimo wielkich strat oddziału zakończyła się powodzeniem. Za odwagę i poświęcenie rtm. Zawalicz-Mowiński otrzymał awans na stopień majora rezerwy kawalerii oraz Krzyż Virtuti Militari kl. V. Jego powojenne losy wydają się być jeszcze bardziej ciekawsze, ponieważ z chwilą zakończenia wojny znalazł się na terenie brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec. Tam rozpoczął kolejny etap swojego życia angażując się w działalność społeczno-kombatancką m.in. współtworząc Samopomoc Wojska SPK a później Oddział Stowarzyszenia Polskich Kombatantów na terenie tamtej strefy. W latach 1947-1954 był prezesem Oddziału SPK, kilka razy delegatem na Zjazd Rady SPK w Londynie, wiceprzewodniczącym Rady SPK w Londynie a także architektem i pierwszym prezesem Zjednoczenia Polskich Uchodźców w RFN. Wiele wskazuje również na to, że zaangażował się na terenie Zachodnich Niemiec w działalność siatki wywiadowczej, której zadaniem było zbieranie informacji o komunistach w Polsce a także wspieranie tzw. „drugiej konspiracji” a więc żołnierzy niezłomnych. W 1954 r. nagle wyemigrował do Kanady. Od tamtej pory urywa się wszelki ślad po jego działalności. Jego historia bardzo mnie zainspirowała. Niestety sam Zawalicz-Mowiński nie jest szerzej rozpoznawalną postacią zarówno przez historyków jak również w przestrzeni publicznej. Dzieje się tak dlatego, że przez wiele lat żył w cieniu. Być może za działalność wywiadowczą przeciwko komunistom sam skazał się na zapomnienie aby nie narażać własnej rodziny? Być może kultywowanie etosu walki  i wspomnień uniemożliwiała mu jego praca na terenie Kanady? To są kolejne pytania na które będę szukam odpowiedzi. Dzisiaj w oparciu o drobne poszlaki zakładam, że kontynuował działalność wywiadowczą w Kanadzie. Niestety brak mocnych dowodów na poparcie tej tezy. Pewna próba zrekonstruowania ciągu wydarzeń z pierwszej połowy lat 50-tych zdaje się potwierdzać moje przemyślenia na ten temat ale to zdecydowanie za mało by móc jednoznacznie odpowiedź, że w Kanadzie pracował dla wywiadu. Zmarł w 1993 r. w Toronto w stopniu podpułkownika  lub pułkownika rezerwy kawalerii Wojska Polskiego. Od tamtego czasu praktycznie nie wspominany.

Kolejnym ciekawym przypadkiem na który trafiłem przeglądając archiwa była sprawa Władysława Kaweckiego oficera żandarmerii Legionów Polskich, oficera żandarmerii Wojska Polskiego, przedwojennego dziennikarza, współpracownika II Oddziału Sztabu Głównego, podczas wojny członka ZWZ w Krakowie, współpracownika Gestapo, uczestnika komisji Katyńskiej w 1943 r., redaktora niemieckiej rozgłośni „Wanda” w Rzymie, a po wojnie kierownika obozu dla uchodźców w Würzburgu, wreszcie pracownika amerykańskiego kontrwywiadu wojskowego (ang. Counter Intelligence Service) i kontrwywiadu zachodnioniemieckiego (niem. Bundesamt für Verfassungsschutz). W tym przypadku okazało się, że W. Kawecki podjął pełną współpracę z kontrwywiadem zagranicznym Wojskowej Służby Wewnętrznej (Oddziałem II Zarządu I WSW PRL). To co mnie zaskoczyło w jego sprawie to skala współpracy i jej zasięg. Materiały i informacje przekazywane WSW dotyczyły przede wszystkim żołnierzy Oddziałów Wartowniczych przy Armii Amerykańskiej, funkcjonowania CIC w tym personalia współpracowników zachodnich służb wywiadowczych (CIA, BND, UOK, MI6, oraz francuskiego wywiadu), a także organizacji społecznych i emigracyjnych w tym: Polskiego Komitetu Imigracyjnego, Zjednoczenia Polskich Uchodźców, Związku Żołnierzy Kresowych, Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, Działu Badań i Ocen Polskiej Sekcji Radia Wolna Europa w Monachium (w tym: Kajetana Golejewskiego-Czarkowskiego, Cezarego Szymczewskiego, Kazimierza Zamorskiego, Mr Fiszera – szefa pionu bezpieczeństwa RWE, Adama Niebieszczańskiego, Haliny Zamorskiej- wł. Urszuli Zamorskiej oraz Janiny Zadrożnej), Związku Polaków w Niemczech, Związku Polaków „Zgoda”, Polish American Immigration and Relief Committee, polskiego duchowieństwa wraz z przypadkami jego współpracy z CIC i wielu innych pojedynczych działaczy z terenu RFN. W sumie meldunki przekazane przez niego objęły ponad 300 osób w tym największą grupę stanowili Polacy, następnie Rosjanie, Czechosłowacy, Bułgarzy, Łotysze, Jugosłowianie oraz obywatele NRD. W kilkunastu przypadkach przekazane przez niego informacje trafiły na biurko rezydenta KGB w Warszawie oraz jednostek MSW krajów bloku wschodniego. W całej sprawie pod koniec współpracy centrala WSW wspólnie z podległymi jednostkami oraz Zarządem II Sztabu Generalnego (wywiadem wojskowym) planowała jego porwanie. Ten plan nosił kryptonimem „Fala”. Szczęście w nieszczęściu ostatecznie do niego nie doszło. Na chwilę przed jego realizacją W. Kawecki został aresztowany przez zachodnioniemiecki kontrwywiad pod zarzutem szpiegostwa na rzecz wywiadu PRL i osadzony w monachijskim areszcie. Niestety nie są mi znane kulisy zatrzymania ani jego przesłuchania w Monachium. Niemniej przy tej okazji uwypuklił się cały tragizm sytuacji w jakiej Kawecki znalazł się po opuszczeniu aresztu. Po kilku miesiącach opuścił więzienie, w międzyczasie wyrzucony został z pracy, bawarski wymiar sprawiedliwości prowadził przeciwko niemu postępowanie sądowe, pozostał bez środków do życia a jednostka werbująca – WSW, ostatecznie odmówiła mu pomocy. Niedługo po tych wydarzeniach W. Kawecki zmarł.

Jak dociera pan do informacji oraz historii, które opisuje pan na swoim blogu, http://uchodzcywniemczech.pl/?

Jak już wcześniej wspominałem wiele informacji, które publikuje na blogu pochodzi z przeprowadzanych kwerend archiwalnych a więc ze źródeł. Pewne uzupełnienia a nawet całe problemy znajdują się również w literaturze przedmiotu, która jest bardzo obszerna a nowe publikacje wciąż pojawiają się na rynku wydawniczym. Kolejną metodą są rozmowy ze świadkami wydarzeń, którzy byli związani ze środowiskiem polskich uchodźców lub funkcjonowali w tamtej przestrzeni. Należy również dodać, że w sieci możemy odnaleźć wiele różnych wspomnień, które również są przydatne w tej pracy.

Co osoby zainteresowane mogą znaleźć na pańskim blogu?

Przede wszystkim znaczną garść informacji biograficznych byłych działaczy Zjednoczenia Polskich Uchodźców, archiwalne fotografie i materiały źródłowe, zagadnienia związane z działalnością polskich dipisów i Zjednoczeniem Polskich Uchodźców. Relacjonuje również własne poszukiwania archiwalne dzieląc się swoimi odkryciami. Zamieszczam również sprawozdania z konferencji tematycznych i projektów naukowych w których mogę uczestniczyć a także relacjonuje spotkania poświęcone szeroko rozumianej polskiej emigracji politycznej. Staram się również omawiać najciekawsze publikacje, które poświęcone są tematyce emigracyjnej. W zakładce literatura czytelnik odnajdzie duży wybór publikacji poświęconych zarówno polskim dipisom jak również polskim uchodźcom, emigracji politycznej 1945-1989 a także niemieckiej Polonii. W zakładce poświęconej działaczom i członkom ZPU opublikowałem ponad 300 nazwisk, które przez wiele lat były związane z ZPU. Oczywiście to nie koniec tego przedsięwzięcia. Jeszcze wiele nazwisk pozostaje do odkrycia. Wiele zagadnień wymaga mojej uwagi i z pewnością ich finał znajdzie się na blogu. Mogę zapewnić, że mój blog nie jest skończoną formą. Conajmiej kilka razy będzie jeszcze ewoluował i zmieniał swoją zawartość.

Jakie są pana najbliższe plany? Czy na horyzoncie widać jakieś nowe projekty?

W pierwszej kolejności chce dokończyć prace nad leksykonem działaczy ZPU oraz publikacją poświęconą Zjednoczeniu Polskich Uchodźców. To dla mnie dwie fundamentalne prace nad którymi koncentruje całą swoją uwagę. Oczywiście w dalszej kolejności mam kilka nowych tematów, nad którymi powoli myślę ale z różnych względów nie będę konkretyzował tych zagadnień. Mogę jedynie zapewnić, że będą poświęcone historii i obecności Polaków w Niemczech po 1945 r. Czy uda się zrealizować te przedsięwzięcia z pewnością czas i możliwości pokażą.

dr Łukasz Wolak, historyk i dokumentalista, ukończył studia podyplomowe Zarządzanie Bezpieczeństwem na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego. Były pracownik Oddziału IPN we Wrocławiu oraz Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta UWr. Uczestnik Centralnego Projektu Badawczego IPN pt. „Polska emigracja polityczna w latach 1939-1990”. Kontynuuje badania związane z polskimi uchodźcami w Niemczech po II wojnie światowej, których wyniki w części publikuje na popularno-naukowym blogu: (http://uchodzcywniemczech.pl).

Zainteresowania badawcze: Polacy w Niemczech po 1945 r., polskie organizacje emigracyjne po II wojnie światowej, działacze emigracyjni w Niemczech po 1945 r., tajne służby PRL.

Marek Fis o swojej karierze, problemach z alkoholem i wiele więcej!

0

Dojczland.info: Dzień dobry panie Marku. Dziękujemy, że zechciał pan odpowiedzieć na kilka naszych pytań. Czy mógłby pan na początek opowiedzieć, jak to się stało, że został pan komikiem?

Marek Fis: Wszystko zaczęło sie w 2006 roku. Miałem zaledwie 22 lata i rzuciłem studia w Bremen i Berlinie. Perspektywa była nieciekawa. Pewnego dnia szedłem przez Berlin i zauważyłem reklamę na konkurs nowych talentów, komików, w Quatsch Comedy Club, najważniejszym niemieckim kabarecie. Możnaby to porównać do Idola. Jury jest publiczność. Miało się 5 minut czasu oraz trzeba było przejść trzy rundy i być zawsze wśród pierwszej trójki, aby dostać sie do finału. Zwycięzca miał zagwarantowany występ w gronie znanych komików. Dostałem się do finału i zająłem tam 2 miejsce. Byłem trochę załamany, bo tylko zwycięzca coś dostał, a ja byłem przecież tak blisko. Lecz tydzień po finale zadwzwonili do mnie z Quatsch Comedy Club i widocznie im się spodobałem, bo dostałem szansę i ją wykorzystałem. Do dziś tam występuję i jestem im bardzo wzdzięczny. Są dla mnie jak rodzina.

Dojczland.info: Zaistniał pan także w niemieckiej telewizji. Jak do tego doszło?

Marek Fis: Dostałem zaproszenie do Show Comedy Rekruten, która miała być emitowana w Comedy Central (kanał telewizyjny – red.). Niestety któryś z operatorów narobił bałaganu z nagraniem i ten program nigdy nie pojawił sie na wizji. Wśród gości był w ten wieczór Knacki Deuser, ojciec znanego programu Nightwash. Spodobał mu się mój występ i podpisałem z nim umowę menadżerską. Za jakiś czas wystapiłem właśnie w tym programie. Ten występ był naprawdę super i zwrócił na niego uwagę Stefan Raab, który zaprosił mnie do Tv total. Wtedy to tempo mnie naprawdę przerażało. Moim marzeniem był zawsze występ w Tv total i miałem okazję wystąpić tam aż trzy razy.

Dojczland.info: Czy to właśnie ten występ zadecydował o pańskim sukcesie?

Marek Fis: Ten występ wywołał ogromne echo. Był to mój pierwszy występ, ktory obejrzało milion ludzi. Odtąd zaczęło sie dla mnie nowe życie. Wtedy postawiłem wszystko na jedną kartę – kabaret.

Dojczland.info: Czy kiedykolwiek robiono panu sugestie odnośnie pańskiego programu lub zabraniano poruszać pewnych kwestii?

Marek Fis: Ja nie robię Wellness Comedy, tylko walę prosto z mostu. Jeśli się to komuś nie podoba, to jest to jego dobrym prawem. Nie dam sobie nigdy zabronić mówić co myślę. Nikt nie jest w stanie do tego doprowadzić. Nie boję się krytyki i nikogo. Mówię to co myślę i tak pozostanie. To nie znaczy, że moja opinia jest jedyną prawdą, ale wyrażam swoje poglądy na życie. Każdy musi mieć do tego prawo. Krytyka jest ważna, obrażanie jest argumentem ludzi bez argumentów.

Dojczland.info: Jakie uczucia towarzyszą panu podczas występów?

Marek Fis: Kocham to co robię i nie wyobrażam sobie czegoś innego. Trafiłem z zawodem w 10. Mam koncentrację i napięcie jak u piłkarza przed ważnym meczem. To jednak 90 minut pracy głową plus spontaniczne akcje. Po tym czuje się jak po maratonie. Szczęśliwy, ale też zmęczony. Dlatego trzeba odpoczać. Codziennie inny hotel, miasto, ciągle w trasie. To takie życie nomada. Wiele osób nie widzi co za tym wszystkim stoi i z czego trzeba zrezygnować.

Dojczland.info: Czy kiedykolwiek spotkał się pan z negatywnymi reakcjami publiczności lub osób postronnych?

Marek Fis: Ja smieje sie z wszystkich. Polakow, Niemcow, Islamistow, politykow, celebrytow no i oczYwiscie z siebie. Wiadomo ze to nosi ze soba krytyke. Mam swoje poglady i Jak mnie cos wkurza to otwarcie o tym mowie. Ta political correctness mnie denerwuje. Nie zapomnijmy tez ze jestem komikiem i to jest moje zadanie.

Dojczland.info: W Polsce jest pan mniej znany, niż w Niemczech. Z czego to wynika?

Marek Fis: Występowałem w wiadomosciach TVP, byłem gościem w Dzień Dobry TVN oraz na kilku emisjach w TVP Info, no i na ustach gazet kiedy robiłem skecze w TV. Moja postać została jednak niejako stworzona po niemiecku i opiera się na moich doświadczeniach zdobytych w Niemczech. Nie występuję po polsku i dlatego w Polsce by to nie zadziałało.

Dojczland.info: Czy śledzi pan skoki narciarskie i ostatnie wyczyny naszych skoczków?

Marek Fis: Oczywiście śledzę skoki, ale nie jestem mega fanem. Mój sport to piłka nożna. Byłem na Euro w Francji i dopingowałem naszą kadre. Panowała tam niesamowita atmosfera wśród polskich fanów. Żadnych rozrób, tylko mega wsparcie. Jak tylko o tym myślę, to dostaję gęsiej skórki. Jeśli mam czas, to jeżdżę na każdy mecz Biało-Czerwonych. Ale zawsze płacę. Może Zbigniew Boniek coś załatwi?!

Pytania fanów zadane na naszym Fanpage’u:

Mateusz: Jak długo pan pił i czy udało się panu przestać?

Marek Fis: Piłem od 18. roku życia, ale nie codziennie, tylko przy okazjach takich jak urodziny, śluby, podczas urlopu. Nigdy nie przekraczałem granicy. Piwo mi smakowało. Dopiero w 2013/14 roku, kiedy moje małżeństwo było w kryzysie i miałem prywatne i służbowe niepowodzenia oraz popełniłem kilka błędów, wtedy zacząłem nadużywać alkoholu. Jak byłem pijany na scenie w Ravensburg i organizator musiał mnie ściągnąć ze sceny, dotarło do mnie, że albo zapiję się na śmierć i stracę wszystko, lub powiem stop i poddam się leczeniu, żeby uratować życie i być wzorem dla syna, którego kocham ponad wszystko.

Łukasz: Czy bywa pan smutny?

Marek Fis: Oczywiście. Nie jestem robotem. Tak jak każdy bywam smutny, szcześliwy, zadowolony, zły lub załamany. Problem w tym, że ja jako komik zawsze muszę być wesoły. Ale to jest bajka i nie ma nic wspólnego z życiem.

Łukasz: Jak żyć panie Marku?

Marek Fis: Życie jest cieżkie, ale piękne. Każdy dzień jest prezentem. Mamy rodzinę, przyjaciół dla których warto żyć. Nie wolno się poddawać. Można upaść, ale trzeba wstać. Miłość jest tak ważna i piękna.

Grzegorz: Czy zna pan Steffena Möllera?

Marek Fis: Niestety nie osobiście. Kilka razy o mnie się wypowiadał, raz dosyć niesmacznie. Ja go bardzo lubiłem i szanowałem. Zrobił naprawdę kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o stosunki polsko-niemieckie. Chętnie bym się z nim spotkał w pociągu Berlin – Warszawa i porozmawiał. On jest raczej Beatles, a ja Metallica, ale każdy ma inny gust.

Gdzie można spotkać Marka Fisa?

Marek Fis wznowił występy i można go spotkać podczas tournee po Niemczech! Na stronie jego stronie internetowej znajdziecie informacje na temat terminów występów oraz możecie zakupić bilety na jego show: https://www.marek-fis.de.

Sugerujesz się internetowymi opiniami o lekarzach? Dowiedz się dlaczego nie warto tego robić!

Zgodnie z aktualnymi badaniami ARD, jednego z największych publicznych nadawców radiowo telewizyjnych w Europie, prawie 85% niemieckiego społeczeństwa korzysta z internetu. Internet to znak naszych czasów, a jego obecność jest wielkim dobrodziejstwem i ułatwieniem w życiu codziennym. Swego czasu pisaliśmy o przydatnych funkcjach Google, a to przecież tylko niewielka część internetu! Korzyści wynikające z istnienia internetu leżą jak na dłoni. Niestety, jak to w życiu bywa, internet ma również drugą, mniej pozytywną stronę. Jest on bowiem miejscem wielu przestępstw (niektóre już opisywaliśmy: Szantaż internetowy w Niemczech ma miejsce coraz częściej, Kupując w tych niemieckich sklepach internetowych nigdy więcej nie zobaczysz Twoich pieniędzy, ani towaru!). Zaczynając na sprzedawcach, którzy po zainkasowaniu pieniędzy za towar znikają bez śladu (włącznie z towarem), na kradzieżach danych i pornografii dziecięcej kończąc.

Dzisiaj chciałbym się skupić na kolejnym z negatywnych aspektów internetu, mianowicie nieprawdziwych opiniach, które nagminnie pojawiają się w sieci.

Lekarze zatrudniają firmy, które piszą dla nich opinie

Swego czasu miałem okazję pracować w niemieckiej agencji reklamowej, w której byłem odpowiedzialny za marketing internetowy. Naszymi klientami byli między innymi znani lekarze, a także renomowane kliniki piękności. Jednym z punktów współpracy było dodawanie pozytywnych opinii na portalach takich jak jameda.de, czy docinsider.de. Samo dodawanie opinii przez agencje reklamowe nie dyskredytowałoby do końca tego typu portali. W końcu każdy ma możliwość założenia konta i dodania własnej opinii. Problem leży gdzieś indziej. Mianowicie pewnego razu jedna z klinik, która korzystała z naszych usług, otrzymała negatywną opinię na jednym z wymienionych portali. Zostaliśmy więc poproszeni o jej usunięcie. W tej sytuacji skontaktowaliśmy się z portalem i wyjaśniliśmy o co chodzi. Nasza prośba o usunięcie negatywnej opinii została wysłuchana i ta zniknęła ze strony (!).

Zastanawiacie się po co to piszę? Moje przesłanie jest bardzo proste: nie polegajcie wyłącznie na opiniach, które znajdziecie w internecie. Pewnego razu wybrałem się do dentysty w Kolonii, który miał bardzo pozytywne opinie na jameda.de. Fakt, swoją pracę wykonał dobrze, ale za zęba zapłaciłem kilka razy więcej, niż u mojego obecnego dentysty, który do niedawna nie miał żadnych opinii w internecie, a z którego pracy jestem zadowolony o wiele bardziej. Wiadomo, że wiele z tych opini jest prawdziwa, ale nie brakuje niestety i tych „sztucznych”. Sam przykładowo dodaje prywatnie opinie o lekarzach, z których jestem zadowolony, a także o tych, do których więcej nie pójdę. Warto umówić wizytę i przekonać się samemu, jak to wygląda w rzeczywistości oraz w razie wątpliwości zasięgnąć opinii innego fachowca.

Czy w Niemczech istnieje prawo do jazdy pociągiem w 1. klasie z powodu braku miejsc w klasie 2.?

Nierzadko się zdarza, że 2 klasa w pociągu jest mocno przepełniona, podczas gdy 1 klasa jest w porównaniu do niej pusta. Czy w takiej sytuacji pasażer może usiąść w 1. klasie mimo, że dysponuje biletem upoważniającym do jazdy w klasie 2?

Czy w Niemczech jest możliwe przejście do 1 klasy w przypadku przepełnionego pociągu?

Zasadniczo nie jest dozwolone, aby pasażer ze względu na brak miejsc w klasie 2. przesiadł się do klasy 1. Jest to uregulowane w paragrafie 13, ustęp 1, wers 2 Regulaminu Transportu Kolejowego (§ 13 Abs. 1 Satz 2 der Eisenbahnverkehrsordnung).

  • §13 Umiejscowienie podróżnych

(1) Podróżujący ma prawo do miejsca w klasie, do którego upoważnia go bilet. Nie ma prawa do zajęcia miejsca w klasie 1., jeśli w klasie 2. brakuje miejsc.

Jednak regulamin przewiduje wyjątki. Personel pociągu jest upoważniony do wskazywania podróżnym miejsc. Na żądanie podróżnych personel jest zobowiązany, aby zadbać o ich miejsca.

(2) Osoba podróżująca nie ma prawa do odszkodowania, jeśli nie może znaleźć miejsca siedzącego i nie zostanie jej wskazane inne miejsce.

Zgodnie z paragrafem 13, ustęp 1, wers 2 Regulaminu Transportu Kolejowego (§ 13 Abs. 1 Satz 2 der Eisenbahnverkehrsordnung) nie istnieje prawo do zajęcia miejsca w klasie 1., jeśli w klasie 2. brakuje miejsc. Od tej reguły istnieją jednak odstępstwa. Personel pociągu jest upoważniony, aby udostępnić miejsca w klasie 1. Ma nawet taki obowiązek, jeśli z powodu przepełnienia klasy 2. bezpieczeństwo podróżnych jest zagrożone. W związku z tym, w wyjątkowych sytuacjach może znaleźć zastosowanie wyżej opisane rozwiązanie.