AfD dominuje we wschodnich Niemczech. Nowy sondaż daje partii aż 43 proc.

1

Forsa: AfD zdecydowanie na pierwszym miejscu na wschodzie kraju

Najnowszy sondaż instytutu Forsa pokazuje bardzo wysokie poparcie dla AfD we wschodnich Niemczech. Partia zdecydowanie wyprzedza pozostałe ugrupowania – od wybrzeża Bałtyku aż po Rudawy. Według aktualnego „Trendbarometru” przygotowanego przez Forsa dla stacji informacyjnej ntv oraz RTL, AfD zajmuje pierwsze miejsce wśród wyborców we wschodnich landach Niemiec, z wyłączeniem Berlina. Gdyby wybory do Bundestagu odbywały się w najbliższą niedzielę, na AfD zagłosowałoby 43 proc. ankietowanych. Za nią długo nie pojawia się żadna inna partia. Na drugim miejscu znalazła się Die Linke z wynikiem 16 proc., a CDU uzyskała 13 proc. Zieloni i SPD otrzymali po 9 proc. poparcia. Wszystkie pozostałe ugrupowania znalazły się poniżej progu wyborczego wynoszącego 5 proc. FDP może liczyć na zaledwie 3 proc.

BSW znika z sondażu

Szczególnie trudna jest sytuacja Sojuszu Sahry Wagenknecht (BSW). Ugrupowanie to krótko po powstaniu odnosiło znaczące sukcesy przede wszystkim we wschodnich Niemczech. Obecnie Forsa nie podaje dla BSW konkretnego wyniku. Instytut wyjaśnia, że poparcie dla partii znajduje się „poniżej granicy błędu statystycznego”. Autorzy badania nie przedstawili wyników wcześniejszych sondaży, dlatego nie wiadomo, jak dokładnie zmieniło się poparcie dla poszczególnych ugrupowań w porównaniu z poprzednimi pomiarami. Wyniki są jednak szczególnie interesujące w kontekście zbliżających się wyborów do parlamentów krajowych. 6 września odbędą się wybory w Saksonii-Anhalt, a dwa tygodnie później – w Meklemburgii-Pomorzu Przednim.

Na wschodzie AfD wyraźnie przed CDU i SPD

Dane pokazują ogromną różnicę między preferencjami wyborców ze wschodnich landów a wynikami dla całych Niemiec. W skali całego kraju AfD również zajmuje pierwsze miejsce w tym badaniu, jednak jej poparcie jest znacznie niższe i wynosi 28 proc. Die Linke może liczyć w całych Niemczech na 12 proc. poparcia. Odwrotnie wygląda sytuacja Unii CDU/CSU. Dawna partia ludowa w skali całego kraju uzyskuje 21 proc., a więc znacznie więcej niż we wschodnich landach, gdzie CDU ma 13 proc. Również SPD wypada w skali całych Niemiec nieco lepiej – uzyskuje 12 proc. wobec 9 proc. na wschodzie. Zieloni osiągają natomiast 16 proc. w całym kraju, podczas gdy na wschodzie mogą liczyć na 9 proc.

Większość Niemców nie wierzy, że którakolwiek partia rozwiąże problemy kraju

Sondaż pokazuje również bardzo niski poziom zaufania do niemieckich partii politycznych. Aż 56 proc. ankietowanych w całych Niemczech nie uważa żadnego ugrupowania za zdolne do najlepszego rozwiązania problemów kraju. Największym zaufaniem cieszy się pod tym względem AfD – 13 proc. respondentów uważa, że to właśnie ona najlepiej poradziłaby sobie z problemami Niemiec. Na drugim miejscu znalazła się Unia z wynikiem 11 proc., a następnie Zieloni – 8 proc. SPD i Die Linke otrzymały po 5 proc.

Bardzo niska ocena pracy kanclerza Friedricha Merza

Nadal bardzo źle oceniana jest również praca kanclerza federalnego Friedricha Merza z CDU. Zadowolenie z jego pracy wyraziło, podobnie jak w poprzednim tygodniu, zaledwie 13 proc. ankietowanych. Aż 85 proc. badanych zadeklarowało natomiast niezadowolenie z pracy szefa niemieckiego rządu. Wyniki sondażu pojawiają się w szczególnie ważnym momencie dla wschodnich Niemiec. Przy poparciu sięgającym 43 proc. AfD wchodzi w jesienny sezon wyborczy z ogromną przewagą nad konkurencją. Kluczowe będzie teraz to, czy tak wysoki poziom poparcia przełoży się również na rzeczywisty wynik wyborów w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim.

źródło: jungefreiheit.de

23 Afgańczyków deportowanych z Niemiec. Czarterowy lot wyruszył do Kabulu

1

Federalna Policja odesłała Afgańczyków do kraju pochodzenia

Z lotniska Lipsk/Halle w Saksonii rozpoczęła się kolejna deportacja obywateli Afganistanu. Federalna Policja przetransportowała do Kabulu 23 mężczyzn, którzy byli zobowiązani do opuszczenia Niemiec. Do deportacji wykorzystano samolot czarterowy. Funkcjonariusze Federalnej Policji towarzyszyli 23 Afgańczykom podczas lotu do stolicy Afganistanu. Operacja rozpoczęła się we wczesnych godzinach porannych.

Niemcy rozszerzają deportacje do Afganistanu

Decyzja wpisuje się w zapowiedzianą przez niemiecki rząd zmianę polityki dotyczącej powrotów do Afganistanu. Po deportacji przeprowadzonej pod koniec lipca federalny minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt z CSU zapowiedział, że Niemcy nie będą już ograniczać deportacji do Afganistanu wyłącznie do osób skazanych za przestępstwa oraz tzw. osób stanowiących zagrożenie dla bezpieczeństwa. Zgodnie z deklaracją ministra do Afganistanu mają być odsyłane również inne osoby zobowiązane do opuszczenia Niemiec. Dobrindt podkreślał, że takie działania są zgodne z ustaleniami zawartymi w umowie koalicyjnej niemieckiego rządu.

Protest przed lotniskiem

Deportacja spotkała się również ze sprzeciwem części niemieckiego społeczeństwa. Wieczorem przed planowanym lotem na lotnisku Lipsk/Halle pojawili się lewicowi aktywiści, którzy protestowali przeciwko odesłaniu Afgańczyków do ich kraju pochodzenia. Mimo demonstracji deportacja została przeprowadzona zgodnie z planem. 23 mężczyzn opuściło Niemcy i zostało przetransportowanych samolotem czarterowym do Kabulu.

źródło: news.de

Niemiecki ksiądz po 37 latach porzuca kapłaństwo. Chce poślubić swoją wieloletnią kochankę!

6

63-letni proboszcz odchodzi z parafii z powodu miłości

Dla wiernych w Oberursel i Steinbach wiadomość była całkowitym zaskoczeniem. W sobotę 63-letni ksiądz Andreas Unfried zakończył posługę w katolickiej parafii św. Urszuli. Po 37 latach pracy kapłańskiej zdecydował się odejść z urzędu, ponieważ chce się ożenić. Informację o swojej decyzji przekazał w liście skierowanym do mediów. List został również opublikowany na stronie internetowej parafii. W niedzielę o odejściu duchownego poinformowano wiernych podczas nabożeństw w Oberursel i Steinbach. Unfried wyjaśnił, że poinformował biskupa Limburga Georga Bätzinga o rezygnacji z kierowania parafią św. Urszuli w Oberursel i Steinbach. Powód swojej decyzji przedstawił wprost.

„Od wielu lat potajemnie żyję w związku z moją wielką miłością. Teraz czuję, że nadszedł czas, aby odpowiedzieć na to drugie powołanie” – napisał.

Duchowny miał świadomość, że jego decyzja oznacza konieczność zawieszenia go w wykonywaniu obowiązków kapłańskich.

37 lat służby Kościołowi

Andreas Unfried przez 37 lat aktywnie pełnił posługę kapłańską. W Kościele katolickim księży obowiązuje celibat, czyli zasada bezżeństwa. Celibat oznacza zobowiązanie duchownych do życia w stanie bezżennym. Zasada ta obejmuje również rezygnację z posiadania dzieci i współżycia seksualnego. Obowiązek celibatu w Kościele zachodnim został ukształtowany w średniowieczu, a jego historia sięga XII wieku. Unfried podkreśla, że od początku doskonale wiedział, iż Kościół katolicki wymaga celibatu od osób pełniących posługę kapłańską.

„Z całych sił próbowałem żyć zgodnie z tym wymaganiem, ale muszę przyznać, że nie mam w sobie tego charyzmatu” – napisał.

W parafii w Oberursel i Steinbach duchowny pracował od blisko 16 lat. W 2014 roku świętował tam 25-lecie kapłaństwa. Początkowo odpowiadał za duszpasterstwo w ówczesnym regionie duszpasterskim Oberursel i Steinbach, obejmując stanowisko po długim okresie wakatu. Wspólnie z miejscowymi katolikami uczestniczył później w tworzeniu dużej parafii św. Urszuli, która obecnie obejmuje wspólnoty zarówno w Oberursel, jak i w Steinbach.

Decyzja zaskoczyła wiernych i diecezję

Zarówno parafianie, jak i przedstawiciele diecezji zostali najwyraźniej całkowicie zaskoczeni decyzją proboszcza.

„Sytuacja jest dla parafii i diecezji bolesna, ponieważ pojawiła się tak niespodziewanie” – napisał w oświadczeniu Georg Franz, kanonik kapituły katedralnej i kierownik ds. personalnych w diecezji Limburg.

O decyzji wierni zostali poinformowani podczas nabożeństw. Podkreślono, że zmiana na stanowisku kierowniczym parafii z pewnością była dla nich zaskakująca i nastąpiła w bardzo krótkim czasie. Unfried przekazał swoją decyzję w sobotnie popołudnie. W szkole Ketteler-La Roche odbywało się wówczas spotkanie biskupa z wiernymi związane z wizytacją biskupią. Zebrani rozmawiali o pomysłach na przyszłość Kościoła.Jak poinformowała parafia, Unfried odczytał tam swoje oświadczenie.

„Biskup następnie, ponieważ w tej sytuacji musi to zrobić, ze skutkiem natychmiastowym zawiesił go w wykonywaniu obowiązków” – przekazano.

Po krótkim i pełnym szacunku pożegnaniu duchowny opuścił spotkanie.

„Swoje zadanie wykonywał całym sercem”

Diecezja podkreśliła, że decyzja o odejściu nie była dla Unfrieda łatwa. Duchowny przez lata miał wykonywać swoją posługę z pełnym zaangażowaniem i przekonaniem.

„Swoje zadanie jako proboszcz i duszpasterz wykonywał przecież z całego serca i z przekonaniem” – zaznaczył przedstawiciel diecezji.

Biskup Georg Bätzing podziękował Unfriedowi za 37 lat służby i jego zaangażowanie w życie Kościoła. Jak podkreślono, przez wszystkie te lata duchowny aktywnie przekazywał wiarę i angażował się w rozwój Kościoła oraz wspólnot parafialnych. Jednocześnie diecezja zaznaczyła, że jego decyzję o wyborze innej drogi życiowej należy uszanować.

Partnerka przez lata czekała na księdza

W swoim oświadczeniu Unfried podkreślił, że przez całe życie zawodowe był mocno związany z Kościołem. Pełnił różne funkcje w Kościele lokalnym diecezji Limburg, między innymi był dziekanem okręgowym. Pracował także w różnych rolach w Caritasie oraz jako przewodnik duchowy.

„Jestem wdzięczny mojemu Kościołowi. Zawsze doświadczałem go jako wspierającego i życzliwego” – napisał.

Dodał również:

„Bez Kościoła katolickiego nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj”.

Jednocześnie przyznał, że nie byłby w stanie przeżyć tych wszystkich lat w kapłaństwie bez wsparcia swojej partnerki.

„Nie przeżyłbym tych lat, gdybym nie mógł być pewien wsparcia mojej życiowej partnerki” – napisał.

Teraz, gdy partnerka przeszła na emeryturę, a jego własna kariera zawodowa zbliża się do końca, Unfried uznał, że nadszedł moment, aby zmienić priorytety.

„Czuję, że nadszedł czas, by inaczej rozłożyć akcenty, ponieważ ona przeszła na zasłużoną emeryturę, a także dla mnie zbliża się koniec aktywności zawodowej. Długo na mnie czekała. Jestem jej za to bardzo wdzięczny” – wyznał.

„Miłość do kobiety, z którą od dawna dzielę życie”

Duchowny podziękował również swoim współbraciom ze wspólnoty kapłańskiej Maranatha.

„Wspólne życie było dla mnie wsparciem i oparciem” – napisał.

Poprosił wiernych o zrozumienie, że po wszystkich tych latach zdecydował się obrać inną drogę. Dla Kościoła życzy sobie natomiast „ducha uczestnictwa i równości płci”. Unfried zdaje sobie sprawę, że jego decyzja może być dla wielu osób bolesna i rozczarowująca.

„Mogę jedynie mieć nadzieję, że kiedyś moja decyzja będzie mogła zostać zaakceptowana, nawet jeśli wiem, że obecnie wielu osobom utrudniam życie” – napisał.

Przyznał również, że część osób może zarzucać mu, iż wcześniej nie dawał żadnych sygnałów dotyczących swojego związku. Jak zaznaczył, wie jednak, jak dużym ciężarem obarczył nieliczne osoby, którym zdecydował się wcześniej o nim powiedzieć. Odchodzi z kapłaństwa bez gniewu i żalu.

„Wzywa mnie miłość do kobiety, z którą od dawna dzielę życie. Wspólnie będziemy szukać sposobu, w jaki odtąd możemy razem żyć naszą wiarą i naszym powołaniem” – napisał.

Na razie nie chce rozmawiać z mediami

Unfried poprosił również o zrozumienie, że w najbliższym czasie nie będzie odpowiadał na wiadomości e-mail ani odbierał telefonów. Nie zamierza składać kolejnych publicznych oświadczeń ani udzielać wywiadów. Jednocześnie zapowiedział, że w kolejnych miesiącach być może będzie możliwe osobiste pożegnanie z parafianami.

„Myślę, że w nadchodzących miesiącach w odpowiedniej formie będzie jeszcze możliwe osobiste pożegnanie z wami wszystkimi” – napisał.

Tymczasowy następca już został wyznaczony

Diecezja Limburg musi teraz znaleźć rozwiązanie dotyczące dalszego kierowania parafią. W najbliższych tygodniach mają rozpocząć się działania związane z wyborem następcy Unfrieda. Tymczasowo wiadomo już jednak, kto przejmie obowiązki proboszcza. Parafią będzie zarządzał ksiądz Paul Lawatsch jako administrator parafii. Przez wiele lat był on proboszczem w Königstein i Neu-Anspach, a obecnie przebywa na emeryturze w Kelkheim. Diecezja podziękowała mu za gotowość do przejęcia tej odpowiedzialności.

„Jako diecezja jesteśmy przekonani, że w najbliższym czasie sytuacja będzie stopniowo wyjaśniana” – przekazano.

W związku z nagłą zmianą kierownictwa w kolejnym tygodniu trzeba będzie jednak odwołać wszystkie nabożeństwa w dni powszednie. Niedzielne msze i nabożeństwa, które wcześniej prowadził Unfried, zostaną zastąpione nabożeństwami słowa prowadzonymi przez zespół duszpasterski. Po 37 latach kapłańskiej posługi Andreas Unfried rozpoczyna więc zupełnie nowy etap życia. Jak sam podkreśla, nie odchodzi z powodu utraty wiary czy niechęci do Kościoła. Przeciwnie – deklaruje wdzięczność za lata spędzone we wspólnocie. Tym razem jednak zdecydował się postawić na osobiste życie i związek z kobietą, która – jak przyznał – przez wiele lat czekała, aż będzie mógł być z nią naprawdę.

źródło: fr.de

Brandenburgia nie sfinansuje nauki języka polskiego w przedszkolach. Zabrakło środków!

3

Blisko 280 kilometrów granicy i coraz więcej polskich rodzin

Brandenburgia chce wspierać naukę języka polskiego w przedszkolach. Problem w tym, że na rozwój dwujęzycznej edukacji brakuje dodatkowych pieniędzy. Brandenburgia ma niemal 280 kilometrów granicy z Polską. To, co przez lata było przede wszystkim linią podziału, coraz częściej staje się przestrzenią łączącą oba kraje. Szczególnie widoczne jest to w Uckermark, gdzie wpływy szczecińskiego obszaru metropolitalnego sięgają głęboko na teren Brandenburgii. W regionie osiedla się coraz więcej polskich rodzin. Jednocześnie w Brandenburgii brakuje dodatkowego finansowania dla dwujęzycznych przedszkoli, w których dzieci mogłyby być na co dzień otoczone opieką zarówno w języku niemieckim, jak i polskim. Informacja ta wynika z odpowiedzi brandenburskiego ministerstwa edukacji w Poczdamie na interpelację złożoną przez Norberta Reschera, posła AfD do parlamentu krajowego z okręgu Schwedt. Polityk zwrócił się z pytaniami do rządu po tym, jak władze Schwedt na poziomie samorządowym wskazały na poważne problemy finansowe i kadrowe, które utrudniają utworzenie tego rodzaju placówki.

Brak dodatkowego finansowania dla dwujęzycznych przedszkoli

Odpowiedź ministerstwa kierowanego przez ministra edukacji Gordona Hoffmanna z CDU okazuje się rozczarowująca. W dokumencie stwierdzono, że „finansowanie dwujęzycznych przedszkoli wykraczające poza standardowe finansowanie nie jest prowadzone”. Jednocześnie ministerstwo przyznaje, że „konkretne środki budżetowe kraju związkowego nie są dostępne”.

Według wiedzy resortu nie istnieją również programy finansowania landu, które zapewniałyby strukturalne i długoterminowe wsparcie dla dwujęzycznych przedszkoli wykorzystujących język polski jako język sąsiedniego kraju. Wyjątek stanowią projekty finansowane ze środków Unii Europejskiej. Ministerstwo przenosi przy tym odpowiedzialność na samorządy.

„Samodzielne regularne dofinansowanie placówek oferujących zajęcia w języku sąsiada, jakim jest język polski, nie jest obecnie przewidziane” – wynika z odpowiedzi resortu.

Obowiązujący system finansowania wynikający z przepisów dotyczących opieki przedszkolnej nie przewiduje bowiem dodatkowego finansowania w zależności od profilu pedagogicznego placówki. Za finansowanie, w ramach samorządności lokalnej, odpowiadają przede wszystkim właściwe lokalne podmioty publicznej pomocy społecznej i młodzieżowej.

Problemem może być również brak polskojęzycznych wychowawców

Z odpowiedzi ministerstwa wynika także, że problemem może być już samo znalezienie odpowiedniej liczby polskojęzycznych pracowników przedszkoli.

„Od 2023 roku kraj związkowy Brandenburgia nie uruchomił żadnych specjalnych programów ani działań mających na celu ukierunkowane pozyskiwanie polskojęzycznych specjalistów do placówek opieki przedszkolnej” – napisano w odpowiedzi.

W związku z tym na ten cel nie zaplanowano również odrębnych środków budżetowych. Ministerstwo nie jest więc w stanie wskazać konkretnych rezultatów programu, który miałby służyć pozyskiwaniu polskojęzycznych pracowników. Dodatkowym problemem okazuje się uznawanie polskich kwalifikacji zawodowych. W ostatnich latach wszystkie wnioski dotyczące uznania polskich dyplomów i kwalifikacji umożliwiających uzyskanie statusu „uznanego państwowo wychowawcy” zostały odrzucone. Powodem miały być „istotne różnice w stosunku do odpowiednich niemieckich kwalifikacji”.

AfD krytykuje brak konkretnego planu

Norbert Rescher z AfD nie kryje rozczarowania odpowiedzią władz Brandenburgii.

„Brandenburgia deklaruje, że opowiada się za rozwojem języka sąsiada, jakim jest polski, ale nie przedstawia w tym celu wiarygodnego finansowania, harmonogramu działań ani gwarancji realizacji” – ocenił polityk.

Jak podkreśla, dla Schwedt sytuacja jest szczególnie rozczarowująca, ponieważ część gospodarczej przyszłości miasta i całego regionu związana jest z niemiecko-polskim obszarem przygranicznym. Zdaniem Reschera land powinien wreszcie przejść „od pięknych strategii do praktycznej polityki transgranicznej”. Do tego potrzebne są jego zdaniem pieniądze, pracownicy oraz stworzenie „osi edukacyjnej od przedszkola aż po życie zawodowe”.

CDU również chce rozwijać dwujęzyczną edukację

Okazuje się jednak, że niezadowolenie z obecnego stanu nauczania języka polskiego w Brandenburgii nie jest wyłącznie stanowiskiem opozycji. Również w szeregach koalicji rządzącej można zauważyć przekonanie, że obecny poziom wsparcia dla polskojęzycznej edukacji nie jest wystarczający.

„Brandenburgia, a przede wszystkim region przygraniczny, korzystają z bliskiej i intensywnej wymiany z Polską” – mówi Kristy Augustin, polityczka CDU zajmująca się edukacją, która sama pochodzi z regionu Oderbruch.

Jej zdaniem jednym z kluczowych elementów tej współpracy powinna być dwujęzyczna edukacja rozpoczynająca się już na etapie przedszkolnym. Chodzi przy tym nie tylko o samo nauczenie się języka, lecz również o naturalny kontakt z nim i swobodne posługiwanie się nim w codziennym życiu.

„Wsparcie dla niemiecko-polskich przedszkoli, dwujęzycznego nauczania i dwujęzycznej edukacji jako takiej ma ogromną wartość” – podkreśla Augustin.

„Od przedszkola aż po edukację dorosłych”

Polityczka CDU wskazuje również na platformę edukacyjną „EduViadrina”, która zajmuje się tematyką dwujęzycznej edukacji.

„Trzeba rozpoznać istniejący potencjał, a następnie celowo go wspierać i rozwijać” – przekonuje Augustin.

Jej zdaniem działania te powinny obejmować wszystkie etapy edukacji – „od przedszkola aż po edukację dorosłych”.

„Na tym nadal chcemy się koncentrować” – dodaje.

SPD wskazuje na istniejące programy

Również polityczki SPD odpowiedzialne za kwestie edukacyjne, Elske Hildebrandt i Katja Poschmann, zwracają uwagę na obowiązującą w Brandenburgii koncepcję wielojęzyczności. Jak wskazują, w niemiecko-polskim regionie przygranicznym działają już przedszkola oferujące naukę języka polskiego. Land wspiera je w ramach standardowego finansowania opieki nad dziećmi, a także między innymi poprzez możliwość korzystania ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR). Przedstawicielki SPD podkreślają również, że przepisy dotyczące personelu przedszkolnego pozwalają zatrudniać w placówkach z polskojęzycznymi dziećmi osoby posługujące się językiem polskim jako ojczystym. Ma to umożliwiać stosowanie metod immersyjnych, w których dzieci uczą się języka poprzez naturalny kontakt z nim w codziennym środowisku.

Duże ambicje, ale bez dodatkowych pieniędzy

Hildebrandt i Poschmann podkreślają jednocześnie, że sytuację dwujęzycznych przedszkoli należy obecnie rozpatrywać w szerszym kontekście problemów całego systemu opieki nad dziećmi w Brandenburgii.

„Obecnie analizujemy dwujęzyczne przedszkola w kontekście sytuacji przedszkoli w całym kraju związkowym Brandenburgia, które wszystkie stoją przed szczególnymi wyzwaniami” – przekonują polityczki.

Jednocześnie SPD deklaruje, że dużą wagę przywiązuje do „żywej, partnerskiej wymiany” między niemieckimi i polskimi przedszkolami. Problem pozostaje jednak ten sam: choć politycy różnych ugrupowań zgodnie podkreślają znaczenie współpracy z Polską, dwujęzycznej edukacji i nauki języka polskiego od najmłodszych lat, Brandenburgia nie przeznacza obecnie dodatkowych, stałych środków na rozwój polsko-niemieckich przedszkoli. W regionie, w którym granica coraz częściej łączy zamiast dzielić, deklaracje polityczne nie zawsze idą więc w parze z konkretnym finansowaniem.

źródło: nordkurier.de

Niemiecka Lewica chce walczyć z konserwatywnymi chrześcijanami. Stawia ich na równi z islamskimi ekstremistami!

2

Lewica Saksonii-Anhalt o „zdecydowanej walce” z chrześcijańskim fundamentalizmem

Partia Die Linke w Saksonii-Anhalt w swoim programie wyborczym stawia konserwatywnych chrześcijan na jednej płaszczyźnie z dżihadystami. Zgodnie z zapisami programu chrześcijański, ewangelikalny „fundamentalizm” powinien być zwalczany równie „zdecydowanie” jak fundamentalizm prezentowany przez stosujących przemoc islamistów. W programie wyborczym Die Linke w Saksonii-Anhalt znalazł się apel o „zdecydowaną” walkę z ewangelikalnymi, czyli konserwatywnymi chrześcijanami. Już w preambule dokumentu partia deklaruje:

„Die Linke opowiada się za tym, aby fundamentalizm religijny, niezależnie od tego, czy ma charakter chrześcijańsko-ewangelikalny, czy dżihadystyczny, był zdecydowanie zwalczany poprzez interwencje, działania edukacyjne, profilaktykę oraz inicjatywy społeczeństwa obywatelskiego”.

Takie zestawienie budzi kontrowersje, ponieważ w jednym punkcie programu obok siebie wymieniono chrześcijański ewangelikalizm oraz dżihadyzm – ideologię związaną z islamistycznymi ruchami stosującymi przemoc.

Kim są chrześcijanie ewangelikalni?

Określenie „ewangelikalny” nie oznacza konkretnego wyznania. Termin ten odnosi się do konserwatywnych protestantów należących do różnych tradycji i wspólnot, między innymi pietystów, metodystów czy purytanów w Niemczech, Anglii, Stanach Zjednoczonych i innych krajach. Chrześcijanie ewangelikalni podkreślają znaczenie osobistej relacji z Jezusem jako Bogiem i Zbawicielem. Uznają Biblię za nieomylne słowo Boże oraz za źródło wskazówek dotyczących codziennego życia. Z tego powodu w kwestiach społeczno-politycznych często prezentują stanowiska konserwatywne. W tradycyjnym ujęciu małżeństwo jest dla nich związkiem zawieranym na całe życie między kobietą a mężczyzną. Sprzeciwiają się również aborcji oraz koncepcji istnienia wielu płci.

Konserwatywni chrześcijanie zestawieni z dżihadystami

To właśnie takich konserwatywnych chrześcijan Die Linke w Saksonii-Anhalt wydaje się umieszczać na tej samej płaszczyźnie co dżihadystów, deklarując wobec obu grup „zdecydowaną” walkę. Dżihadyści to z kolei islamiści, którzy wykorzystują przemoc i terror jako narzędzia mające służyć szerzeniu islamu w społeczeństwach niemuzułmańskich. Jednocześnie w tym samym fragmencie programu, pod nagłówkiem „Na rzecz wolności praktykowania religii w Saksonii-Anhalt”, Die Linke podkreśla, że kościoły oraz wspólnoty żydowskie i muzułmańskie są „nieodzowną częścią społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju”. Powstaje więc pytanie, czy deklarowana ochrona wolności religijnej dotyczy wszystkich wspólnot w jednakowym stopniu, czy przede wszystkim tych, które prezentują poglądy zgodne ze stanowiskiem politycznym Lewicy.

Kościoły mile widziane, jeśli opowiadają się za „otwartością”

Wątpliwości wzmacnia kolejny fragment programu:

„Kościoły są masowo atakowane przez prawicowe i nacjonalistyczne siły, gdy opowiadają się za solidarnością i otwartością na świat”.

W praktyce może to oznaczać polityczną współpracę z duchownymi, którzy reprezentują stanowisko zbliżone do Die Linke. Przykładem jest pastor ewangelicki Andreas Tschurn, który jako kandydat bezpartyjny startuje z ramienia Die Linke jako kandydat bezpośredni w okręgu wyborczym Querfurt. Podczas wydarzenia Die Linke na festiwalu CSD w Naumburgu powiedział portalowi Domradio:

„Mam poczucie, że nasz kraj, Saksonia-Anhalt, jest naprawdę zagrożony, przede wszystkim przez prawicę”.

Pod względem politycznym jego poglądy są zbieżne ze stanowiskiem partii. Tschurn stwierdził również:

„To, czego ostatecznie chcą Lewica i jakie wyciągają z tego konsekwencje, w dużej mierze pokrywa się z tym, jak wyobrażam sobie społeczeństwo”.

Lewica od lat krytykuje konserwatywny model rodziny

W Die Linke zdają sobie jednak sprawę, że nie wszyscy chrześcijanie podzielają takie poglądy. Już w 2016 roku ówczesna przewodnicząca partii Katja Kipping zwracała uwagę, że konserwatywni chrześcijanie mogą odnajdywać swoje poglądy dotyczące polityki rodzinnej raczej w AfD.

„AfD podkreśla dziś, że jest partią społecznej arogancji i chrześcijańskiego fundamentalizmu” – mówiła wówczas Kipping.

Jej zdaniem partia promowała „model rodziny z XIX wieku”, w którym kobiety miały pozostawać w domu i zajmować się społecznymi konsekwencjami polityki gospodarczej korzystnej dla najbogatszych. Kipping twierdziła również, że ponieważ taki program miałby służyć przede wszystkim najzamożniejszemu jednemu procentowi społeczeństwa, jest on łączony z „podżeganiem przeciwko muzułmanom”.

Nie tylko Die Linke krytykuje konserwatywnych chrześcijan

Krytyczne podejście do konserwatywnych chrześcijan nie ogranicza się jednak do Die Linke. W czerwcu frakcja Zielonych w Bundestagu skierowała do rządu federalnego interpelację dotyczącą potencjalnych powiązań między „chrześcijańskimi fundamentalistami” a ekstremistami prawicowymi. Zieloni chcieli dowiedzieć się między innymi, jakie „zagrożenie” mogą stanowić chrześcijanie oraz jakie „wnioski w zakresie polityki bezpieczeństwa, profilaktyki i legislacji” rząd wyciąga w związku z działalnością rzekomo radykalnych chrześcijan.

Pastor Tobias Riemenschneider oskarżony o związki z prawicą

Frakcja Zielonych szczególnie zainteresowała się pastorem Tobiasem Riemenschneiderem, ponieważ miał on – według polityków tej partii – prezentować stanowiska zbieżne z AfD. Sam duchowny zdecydowanie odrzuca takie podejście. W rozmowie z portalem Apollo News mówił o „publicznym napiętnowaniu i zniesławianiu”, a także ostrzegał przed cenzurą. Spór ten pokazuje szerszy problem, który coraz częściej pojawia się w niemieckiej debacie publicznej: gdzie kończy się uzasadniona krytyka religijnego fundamentalizmu, a zaczyna traktowanie konserwatywnych przekonań religijnych jako potencjalnego zagrożenia politycznego lub społecznego? W przypadku programu Die Linke w Saksonii-Anhalt szczególne kontrowersje budzi fakt, że „chrześcijański fundamentalizm” i „dżihadystyczny fundamentalizm” zostały wymienione w tym samym zdaniu jako zjawiska, które należy „zdecydowanie zwalczać”. Jednocześnie partia deklaruje obronę wolności religijnej i uznaje kościoły oraz wspólnoty żydowskie i muzułmańskie za ważną część społeczeństwa obywatelskiego. To zestawienie zapisów sprawia, że przedmiotem debaty staje się nie tylko stosunek Die Linke do religii, lecz także granica między ochroną społeczeństwa przed ekstremizmem a polityczną oceną konserwatywnych poglądów religijnych.

źródło: apollo-news.net

Lider AfD Ulrich Siegmund na fali w Saksonii-Anhalt! CDU traci grunt

1

Tysiące ludzi wiwatują na jego widok

Tysiące ludzi wiwatują na cześć Ulricha Siegmunda niczym na widok trybuna ludowego. To sceny, jakich w niemieckiej polityce od dawna się nie ogląda. I właśnie to niepokoi establishment. Tradycyjne partie wciąż tłumaczą przede wszystkim, czego nie da się zrobić. Siegmund natomiast potrafi obiecywać wyborcom niemal wszystko. Dym unosi się w powietrzu, silniki warczą, a na przyjazd czołowego kandydata AfD na stanowisko premiera Saksonii-Anhalt, Ulricha Siegmunda, rozlegają się radosne klaksony. „U-U-Ulli!” – woła jedna osoba, a chwilę później dołączają do niej kolejne. Tysiące ludzi wiwatują. Gwiazda TikToka i polityczny „promyk słońca” podjeżdża na swojej niebieskiej Simsonie, która stała się już jego znakiem rozpoznawczym. Przed nim, na otwartym jeepie, jedzie ekipa filmowa, która od tygodni i miesięcy starannie inscenizuje jego kampanię wyborczą. Atmosfera tej niedzieli w Quedlinburgu przypomina coś pomiędzy koncertem światowej gwiazdy a koronacją króla.

CDU wypada przy tym wyjątkowo blado

Jakże żałośnie wygląda na tym tle CDU. W sobotni wieczór premier Saksonii-Anhalt i czołowy kandydat CDU, Sven Schulze, jest w Tangermünde w stanie zmobilizować znacznie mniej osób. Jego namiot wyborczy jest niewielki, a mimo to pozostaje w nim sporo wolnego miejsca. Grają keyboard i saksofon. Pod względem atmosfery melodię od marsza żałobnego dzieli zaledwie kilka taktów. Gdzieś z boku, przed namiotem, Schulze stoi i udziela wywiadu „Welt”. W środku siedzą przede wszystkim osoby o siwych włosach. Jest ich może kilkaset. Co właściwie różni obu polityków? Można by pomyśleć, że niemal wszystko. Sven Schulze nie ma jeszcze 50 lat, ale już teraz emanuje całą staroświeckością i zmęczeniem charakterystycznym dla ustabilizowanego świata polityki. Ulrich Siegmund natomiast sprawia wrażenie pełnego energii. Kreuje się na trybuna ludowego – i bez wątpienia właśnie kimś takim stał się w Saksonii-Anhalt.

Siegmund potrafi stworzyć atmosferę przełomu

Siegmund przekazuje coś, co Svenowi Schulzemu całkowicie się wymknęło: prawdziwą atmosferę nadchodzącej zmiany. Podczas gdy CDU wraz ze swoim kanclerzem próbuje narzucić taką atmosferę odgórnie, a następnie obraża się, kiedy ona nie powstaje, Siegmund tworzy ją w sposób całkowicie naturalny. Wielu ludzi zarzuca AfD, że partia ta nieustannie posługuje się retoryką katastrofy, jest negatywna i wiecznie narzeka. Patrząc na wystąpienia części czołowych polityków tego ugrupowania, zarzut ten nie jest całkowicie bezpodstawny. Siegmund robi jednak coś zupełnie odwrotnego. I właśnie to wyróżnia go na tle innych. W wielu regionach Niemiec, szczególnie we wschodniej części kraju, AfD mogłaby wystawić nawet pomalowaną na niebiesko miotłę, a i tak zdobyłaby mandaty. Tym razem wystawiła jednak człowieka, który zdaje się rzeczywiście zachwycać lokalnych mieszkańców swoją osobowością, a nie tylko reprezentować partię. Siegmund – jak ostatnio często podkreślano i wyśmiewano – jest sprzedawcą. A sprzedawać potrafi. Sprzedaje zarówno siebie, jak i swoje poglądy.

„Christian Lindner AfD”

Ulrich Siegmund jest Christianem Lindnerem AfD. Młody, fotogeniczny, gładki, błyskotliwy. Można by powiedzieć: polityk idealnie dopasowany do ery TikToka. Nie jest to kpina, lecz uznanie jego umiejętności. Podobnie jak Christian Lindner, Siegmund jest politykiem, który ostatecznie sprawia również wrażenie nieco sztucznego – bardzo gładkiego i starannie wykreowanego. Choć chce być inny niż politycy establishmentu, nadal pozostaje politykiem. Politykiem, który dobrze rozumie czasy, w których przyszło mu działać. Siegmund wykorzystuje przejazdy na Simsonie i nostalgię za NRD, czyli tzw. Ostalgię, jako sposób na przekazanie określonego stylu życia. Sam urodził się w październiku 1990 roku, już po zjednoczeniu Niemiec, więc właściwie nie mógł osobiście doświadczyć tamtych czasów. Nie musi jednak tego robić. To poczucie i tak istnieje do dziś.

Polityka emocji działa

O populistach, takich jak AfD, często mówi się jak mantrę, że uprawiają politykę, wykorzystując emocje ludzi. W przypadku Siegmunda trudno jednak zaprzeczyć, że jest politykiem emocji – i to skutecznym. Czasami można odnieść wrażenie, że mieszkańcy Saksonii-Anhalt nie są przy tym traktowani do końca poważnie. Kto umieszcza na plakatach hasła w rodzaju „wszystko będzie dobrze” czy „wszystko jest możliwe”, tak jak robi to AfD wokół Siegmunda, ten z pewnością nie jest do końca szczery wobec swoich wyborców. Oczywiście nie stanie się „wszystko dobrze” i nie będzie „wszystko możliwe”, jeśli Ulrich Siegmund i AfD obejmą władzę. Również oni nie rozwiążą strukturalnych problemów państwa jednym gestem i nie będą w stanie odwrócić wszystkich negatywnych trendów. Niektórzy zwolennicy AfD wręcz wpadają w gniew, gdy przypomina się im o tej prostej rzeczywistości. Jednocześnie trzeba jednak przyznać: „Wszystko jest możliwe” wciąż pozostaje bliższe temu, czego powinno się oczekiwać od polityki, niż stanowisko reprezentowane przez CDU, które w praktyce często sprowadza się do komunikatu: „Nic nie można z tym zrobić”. Samo tłumaczenie wyborcom, dlaczego dana kwestia znajduje się już poza możliwościami działania i wpływu polityków, nie jest polityką. Jest ucieczką od polityki.

„Wszystko jest możliwe” zamiast „nic się nie da zrobić”

Ulrich Siegmund przedstawia przeciwieństwo bezczynności jako wartość samą w sobie. Nie jest przy tym prawicowym populistycznym ponurakiem. Sprzedaje atmosferę przełomu – a ta sprzedaje się jak świeże bułeczki. W Niemczech, gdzie nuda i suchość polityki oraz polityków niemal zaczęły być traktowane jako zaleta, taki sposób prowadzenia kampanii działa jak wstrząs. I zachwyca wyborców. Kiedy aktywiści i dziennikarze sympatyzujący z AfD mówią o „Wende 2.0”, nie jest to już wyłącznie stary slogan reklamowy AfD. Odzwierciedla on rzeczywistą atmosferę. Tutaj zmiana wydaje się namacalna. Wydaje się naprawdę możliwa. Tutaj coś zostaje przełamane. Przynajmniej tak czują to ludzie.

Prawica przejmuje język „zmiany”

Szczególnie bezradnie reagują na to środowiska lewicowe, które przez długi czas uważały tego rodzaju politykę emocji za swoją domenę. W 2008 roku Barack Obama wyznaczył swoją kampanią „Change” standard, do którego odpowiednie środowiska od tamtej pory nieustannie się odwołują. Teraz Siegmund prowadzi z prawej strony kampanię opartą na haśle „wszystko jest możliwe”. Obama był trybunem ludowym, który potrafił dotrzeć do ludzi i sprawić, że czuli się zauważeni. Od tego czasu lewica w Stanach Zjednoczonych, a także w Niemczech, aktywnie odsunęła się od tych ludzi. W efekcie część wyborców Obamy osiem lat później stała się przekonanymi wyborcami Donalda Trumpa. O jego legendarnych wiecach prasa bardzo chętnie wypowiadała się z lekceważeniem. Tymczasem Trump zamieniał tam politykę w wydarzenie popkulturowe. Ulrich Siegmund robi coś podobnego. Rodzinne festyny, przejazdy na Simsonach, atmosfera zamiast wykładów.

Koniec epoki Merkel

Od czasów Gerharda Schrödera niemiecka polityka nie wykreowała już wielu polityków, którzy stali się prawdziwymi ludzkimi markami. Wraz z „pleśnią” lat Merkel to się skończyło. Za miarę sukcesu zaczęto uznawać polityczkę, która uczyniła z dystansu i politycznej nijakości swoją osobistą markę. Od tego czasu partie establishmentu uległy złudzeniu, że właśnie taki styl przyniesie im sukces. Ale Merkel już minęła. Jej styl uprawiania polityki również.

Siegmund sprzedaje to, czego CDU nie potrafi zaoferować

Siegmund jest sprzedawcą – i sprzedaje skutecznie. Między innymi dlatego, że sprzedawcy z drugiej strony nie mają wyborcom niczego do zaoferowania. W jednym ze spotów wyborczych mówi prosto do kamery: „Chcę odzyskać nasz dobry, stary, bezpieczny kraj”. Politolodzy, eksperci i niektórzy politycy CDU natychmiast podnieśliby palec i zaczęli tłumaczyć, dlaczego „dobrych starych Niemiec” nie da się już odzyskać – albo dlaczego nawet nie powinno się tego robić. Problem polega na tym, że dla wielu ludzi to właśnie ten „dobry stary kraj” jest czymś, o co warto walczyć. A wyborcy chcą polityków, którzy również są gotowi o niego walczyć. Siegmund to zrozumiał.

„Volksbewegung” wokół kandydata AfD

Wokół Ulricha Siegmunda powstał ruch społeczny, napędzany przez ludzi, którzy rzeczywiście czują, że ktoś ich dostrzegł i potraktował poważnie. Partie takie jak CDU przez długi czas pozostawiały ich samym sobie. Teraz wyborcy zaczynają wystawiać im za to rachunek. To, jak szczere i wiarygodne są ostatecznie wszystkie obietnice AfD, nikogo nie interesuje. Droga, którą Ulrich Siegmund przechodzi dziś w triumfalnym pochodzie, została wcześniej starannie wybrukowana przez CDU, SPD i pozostałe partie głównego nurtu.

CDU nie ma odpowiedzi na tę politykę

Z takim sposobem prowadzenia polityki ugrupowania establishmentu nie potrafią sobie poradzić, ponieważ nie mają na niego odpowiedzi. Nie wiadomo, czy za dwa tygodnie Ulrich Siegmund rzeczywiście zdobędzie absolutną większość. Niezależnie jednak od wyniku jedno już się wydarzyło. Saksonia-Anhalt i niemiecka polityka zostały przez niego zmienione.

źródło: apollo-news.net

Rasizm na pasku wypłaty? Obcokrajowcy zarabiają w Niemczech ponad 1000 euro mniej!

3

Różnica w wynagrodzeniach pracowników pełnoetatowych przekroczyła 1000 euro

Cudzoziemcy zatrudnieni w Niemczech na pełny etat zarabiają miesięcznie w ujęciu mediany ponad 1000 euro brutto mniej niż pracownicy posiadający niemieckie obywatelstwo. Według danych na 31 grudnia 2025 roku różnica wynosiła dokładnie 1038 euro. Mediana miesięcznego wynagrodzenia brutto niemieckich pracowników wynosiła 4396 euro. W przypadku pracowników posiadających zagraniczne obywatelstwo było to 3358 euro. Oznacza to, że mediana wynagrodzeń cudzoziemców była o 23,6 procent niższa niż w przypadku Niemców.

Różnica w ciągu roku jeszcze się zwiększyła

Dane pokazują, że dystans płacowy powiększył się w ciągu zaledwie roku. Pod koniec 2024 roku mediana miesięcznego wynagrodzenia brutto wynosiła 4177 euro wśród Niemców oraz 3204 euro wśród cudzoziemców. Różnica sięgała wówczas 973 euro, czyli 23,3 procent. Najnowsze dane pochodzą ze statystyk zatrudnienia Federalnej Agencji Pracy. Zostały one opublikowane przez niemiecki rząd w odpowiedzi na interpelację frakcji AfD w Bundestagu.

Cudzoziemcy znacznie częściej znajdują się w najniższym przedziale wynagrodzeń

Jeszcze większe różnice widać, gdy przeanalizuje się odsetek osób otrzymujących niskie wynagrodzenia. Spośród około 3,81 miliona zagranicznych pracowników pełnoetatowych należących do analizowanej grupy około 1,17 miliona pod koniec 2025 roku zarabiało mniej niż 2811 euro brutto miesięcznie. Oznacza to 30,6 procent wszystkich pracowników w tej grupie. Wśród pracowników posiadających niemieckie obywatelstwo odsetek ten wynosił 12,3 procent. Z około 17,82 miliona niemieckich pracowników pełnoetatowych około 2,19 miliona znajdowało się w najniższym przedziale wynagrodzeń. Federalna Agencja Pracy wyznacza granicę tego przedziału zgodnie z metodologią OECD – obejmuje on wynagrodzenia niższe niż dwie trzecie mediany wynagrodzeń wszystkich analizowanych pracowników pełnoetatowych.

Statystyka dotyczy obywatelstwa, a nie pochodzenia

Warto zwrócić uwagę na ważne ograniczenie tych danych. Statystyka obejmuje pracowników zatrudnionych na pełny etat i podlegających obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym, należących do tak zwanej grupy podstawowej. Nie uwzględnia między innymi osób odbywających kształcenie zawodowe oraz pracowników, których dotyczą szczególne regulacje ustawowe. Dane odnoszą się do obywatelstwa, a nie miejsca urodzenia czy ewentualnego pochodzenia migracyjnego. Oznacza to, że osoba urodzona za granicą, ale posiadająca niemieckie obywatelstwo, jest w tych statystykach zaliczana do grupy niemieckich pracowników. Z kolei osoba urodzona w Niemczech, ale posiadająca inne obywatelstwo, znajduje się w grupie cudzoziemców.

Ogromne różnice między poszczególnymi narodowościami

Średnia dla wszystkich zagranicznych pracowników ukrywa bardzo duże różnice między poszczególnymi grupami obywatelstw. W 2025 roku najwyższą medianę wynagrodzeń osiągali pracownicy posiadający obywatelstwo Indii. Wynosiła ona 5445 euro brutto miesięcznie. To o 1049 euro, czyli 23,9 procent więcej niż mediana wynagrodzeń pracowników z niemieckim obywatelstwem. Powyżej niemieckiej mediany znajdowali się również pracownicy z Chin i Tajwanu. Ich mediana wynagrodzeń wynosiła odpowiednio 5065 oraz 5395 euro. Zdecydowanie niższe wynagrodzenia odnotowano natomiast między innymi wśród pracowników z Rumunii, Wietnamu i Ukrainy. W przypadku obywateli Rumunii mediana wynosiła 2912 euro, Wietnamu – 2928 euro, a Ukrainy – 2825 euro. Szczególnie duża była różnica w przypadku obywateli Ukrainy. Wynosiła ona 1571 euro, czyli 35,7 procent w porównaniu z medianą wynagrodzeń niemieckich pracowników.

Jak wyglądają zarobki pracowników z Afryki?

Również wśród obywateli państw afrykańskich występują bardzo duże różnice. W przypadku pracowników z pięciu analizowanych państw Afryki Północnej – Egiptu, Tunezji, Maroka, Libii i Algierii – łączna mediana wynagrodzeń wynosiła 3800 euro. Było to o 596 euro, czyli 13,6 procent mniej niż wśród pracowników z niemieckim obywatelstwem. Co ciekawe, obywatele Egiptu osiągali medianę wynagrodzeń w wysokości 4563 euro, a więc o 167 euro wyższą niż Niemcy. W przypadku Tunezyjczyków było to 3995 euro. Mediana wynagrodzeń obywateli Maroka wynosiła 3464 euro, Algierii – 3445 euro, a Libii – 3622 euro.

Największe różnice dotyczą między innymi obywateli Somalii i Nigerii

Znacznie niższe wynagrodzenia odnotowano w przypadku kilku innych grup obywateli państw afrykańskich, które wraz z innymi państwami zostały przez niemiecki rząd zaliczone do ośmiu najważniejszych pozaeuropejskich krajów pochodzenia osób ubiegających się o azyl. Pracownicy posiadający obywatelstwo Somalii osiągnęli w 2025 roku medianę wynagrodzeń na poziomie 2798 euro. To aż o 1598 euro, czyli 36,4 procent mniej niż w przypadku niemieckich pracowników. Wśród obywateli Nigerii mediana wynosiła 2964 euro, co oznacza różnicę 1432 euro, czyli 32,6 procent. Pracownicy z Erytrei zarabiali w ujęciu mediany 2980 euro miesięcznie. Było to o 1416 euro mniej niż w przypadku Niemców. Różnice widać również w odsetku osób znajdujących się w najniższym przedziale wynagrodzeń. Pod koniec 2025 roku aż 50,9 procent pełnoetatowych pracowników z obywatelstwem Somalii zarabiało poniżej wyznaczonej granicy niskich wynagrodzeń. Wśród Nigeryjczyków było to 42,2 procent, a wśród Erytrejczyków – 39,7 procent. W przypadku pracowników z obywatelstwem Syrii odsetek ten wynosił 49,4 procent.

Afryka Północna wypada znacznie lepiej

Wśród pracowników z państw Afryki Północnej udział osób w najniższym przedziale wynagrodzeń był wyraźnie niższy i wynosił łącznie 21,5 procent. W przypadku obywateli Maroka było to 27,2 procent, Algierii – 28,2 procent, Libii – 31,4 procent, Egiptu – 17,9 procent, a Tunezji – 15,4 procent. Dane pokazują więc, że nie można mówić o jednej sytuacji wszystkich cudzoziemców ani nawet wszystkich pracowników pochodzących z Afryki. Różnice między poszczególnymi grupami są bardzo duże.

Różnice utrzymują się także przy porównaniu poziomu wykonywanej pracy

Dysproporcje nie znikają całkowicie również wtedy, gdy pracowników porównuje się według poziomu wymagań związanych z wykonywanym zawodem. Wśród zagranicznych pracowników pełnoetatowych zakwalifikowanych jako wykwalifikowani specjaliści około 1,3 miliona osób, czyli 70 procent, zarabiało mniej niż mediana niemieckich pracowników z tej samej kategorii. Wynosiła ona 4009 euro brutto miesięcznie. Również wśród cudzoziemców wykonujących prace pomocnicze odsetek osób zarabiających poniżej niemieckiej mediany dla tej grupy wynosił 70 procent. W przypadku cudzoziemców zakwalifikowanych jako specjaliści odsetek ten wynosił 58 procent. Taki sam wynik odnotowano w grupie pracowników określanych jako eksperci.

Szczególnie duże różnice wśród specjalistów z niektórych państw

Jeszcze większe dysproporcje widać w przypadku wykwalifikowanych pracowników z części państw, z których pochodzi wielu migrantów ubiegających się o azyl. Aż 86,1 procent wykwalifikowanych pracowników posiadających obywatelstwo Somalii zarabiało mniej niż mediana niemieckich specjalistów. W przypadku specjalistów z Syrii było to 88,3 procent, Iraku – 89,1 procent, Erytrei – 84,8 procent, a Nigerii – 78,4 procent.

Czy dane dowodzą dyskryminacji płacowej?

Same statystyki nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, że cudzoziemcy otrzymują niższe wynagrodzenia za dokładnie tę samą pracę. Dane porównują mediany wynagrodzeń według obywatelstwa oraz innych kategorii statystycznych. Nie zestawiają natomiast pracowników posiadających identyczne stanowisko, kwalifikacje, doświadczenie zawodowe i staż pracy w konkretnym przedsiębiorstwie. Na podstawie przedstawionych danych nie można więc określić, jaka część różnic wynika z branży, wykonywanego zawodu, poziomu kwalifikacji, doświadczenia zawodowego, stażu u pracodawcy czy innych czynników. Statystyki pokazują jednak wyraźną różnicę w poziomie wynagrodzeń pomiędzy grupami pracowników posiadających niemieckie i zagraniczne obywatelstwo. Jednocześnie pokazują, że sytuacja poszczególnych grup narodowościowych jest bardzo zróżnicowana – od wynagrodzeń wyższych niż mediana niemieckich pracowników, jak w przypadku obywateli Indii czy Egiptu, po bardzo duże różnice w przypadku niektórych państw afrykańskich. Dlatego określenie tych danych jako dowodu na „rasizm płacowy” byłoby zbyt daleko idącym wnioskiem. Statystyka pokazuje istniejącą dysproporcję, ale sama w sobie nie wyjaśnia jej przyczyn.

źródło: hna.de

Z uchodźcy na mistrza mechaniki samochodowej. 25-latek spełnił swoje marzenie w Niemczech

3

Jako nastolatek uciekł z Syrii. Dziś prowadzi własny warsztat

Na początku był tylko marzeniem. Marzeniem o pracy przy samochodach i stworzeniu własnego warsztatu. Dziś 25-letni Khaled jest właścicielem firmy zajmującej się naprawą samochodów w Waldkappel, a jego historia pokazuje, jak wiele można osiągnąć mimo wyjątkowo trudnego startu.

„Już jako dziecko rozkładałem samochodziki na części i montowałem w nich silniki elektryczne” – mówi z uśmiechem.

Ponad dziesięć lat temu jego życie wyglądało jednak zupełnie inaczej. Jako 15-latek musiał wraz z rodziną uciekać z Syrii, gdzie w 2011 roku wybuchła wojna domowa.

Ucieczka z Syrii i niebezpieczna przeprawa przez morze

Khaled wraz z rodziną najpierw trafił do Turcji. Spędzili tam dwa lata. Później rodzina musiała się rozdzielić.

„To była niebezpieczna droga. Dlatego moja mama i moi bracia zostali w Turcji. Mój ojciec, moi pozostali bracia i ja opuściliśmy ten kraj” – wspomina.

Khaled wraz z bliskimi dotarł do Grecji na pontonie.

„Płynęliśmy przez wiele godzin. Na łodzi było ponad 30 osób, chociaż była przeznaczona właściwie dla 14. Wszędzie było ciemno. Powiedziano nam tylko, żeby płynąć w kierunku światła” – opowiada.

Po dotarciu na miejsce wszyscy otrzymali pomoc i zostali umieszczeni w hali. Ostatecznie rodzina trafiła do Niemiec – najpierw do Gießen, a nieco później do Eschwege.

„Do tego momentu była to bardzo długa droga. Dużo chodziliśmy. Pamiętam małe dzieci, matki, które płakały. To są złe wspomnienia” – mówi Khaled.

Nauka niemieckiego była dla niego przyjemnością

Mimo traumatycznych doświadczeń młody Syryjczyk szybko zdecydował, że chce naprawdę rozpocząć życie w Niemczech. Khaled rozpoczął naukę w dziewiątej klasie i zaczął intensywnie uczyć się języka niemieckiego.

„Kiedy ludzie coś mi opowiadali, zapisywałem to, a następnie tłumaczyłem za pomocą telefonu na arabski. W ten sposób stopniowo coraz lepiej rozumiałem język. Oczywiście musiałem uczyć się również po szkole. Ale sprawiało mi to przyjemność” – wspomina.

Udało mu się zdobyć kwalifikowane świadectwo ukończenia szkoły głównej (qualifizierter Hauptschulabschluss). Następnie postanowił zrobić kolejny krok w kierunku realizacji swojego dziecięcego marzenia. Rozpoczął Ausbildung na mechanika samochodowego, czyli kształcenie zawodowe w kierunku mechatronika samochodowego. Początkowa radość szybko jednak minęła. Jak sam twierdzi, podczas nauki zawodu wielokrotnie doświadczał rasizmu w miejscu pracy. W rezultacie zmienił zakład, jednak ostatecznie przerwał Ausbildung.

Nie zrezygnował z marzenia

Przez pewien czas wydawało się, że jego marzenie o pracy jako mechanik samochodowy znacznie się oddaliło. Khaled pracował między innymi jako dostawca oraz w piekarni. Nie zamierzał jednak całkowicie rezygnować z celu, który postawił sobie jeszcze jako dziecko.

„Ale bardzo chciałem mieć ukończone wykształcenie zawodowe” – mówi.

Przypadkowo nawiązał rozmowę z mistrzem mechaniki samochodowej. Spotkanie okazało się przełomowe i doprowadziło do podpisania nowej umowy o naukę zawodu. Tym razem Khaled doprowadził sprawę do końca. W 2024 roku pomyślnie ukończył Ausbildung. Ale na tym nie poprzestał. 25-latek postanowił zdobyć tytuł Kfz-Meister, czyli kwalifikację mistrzowską w branży motoryzacyjnej. I również ten cel udało mu się osiągnąć.

Kolejny krok: własny warsztat

Po zdobyciu kwalifikacji przyszedł czas na realizację kolejnego marzenia – rozpoczęcie działalności na własny rachunek. Khaled przez długi czas szukał odpowiedniego miejsca.

„Wszędzie szukałem odpowiednich pomieszczeń, pytałem ludzi. W ten sposób znalazłem miejsce w Waldkappel” – opowiada.

Jego firma rozwija się jednak na tyle dobrze, że 25-latek postanowił zrobić kolejny krok. Wraz z dwoma uczniami oraz jednym wykwalifikowanym pracownikiem przenosi warsztat do Bischhausen. Nowa siedziba znajduje się przy drodze krajowej, a warsztat rozpocznie tam działalność od 1 października. Historia Khaleda pokazuje, że czasami marzenia rzeczywiście się spełniają.

„Czuję, że tutaj znalazłem swoje miejsce. Mogłem się rozwijać i cały czas robiłem swoje” – mówi.

Do pełni szczęścia brakuje mu jeszcze niemieckiego paszportu

Mimo zawodowych sukcesów Khaled wciąż czeka na ważny krok w swoim życiu – niemieckie obywatelstwo. Wniosek o naturalizację złożył, jak sam mówi, już wiele lat temu. Procedura jednak nadal się przeciąga. Na opóźnienia miały wpływać między innymi różnego rodzaju niejasności oraz rozpoczęcie działalności gospodarczej. W rezultacie jego wniosek o naturalizację wciąż czeka na rozpatrzenie. 25-latek pozostaje jednak optymistą. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, na niemiecki paszport nie powinien już długo czekać. Od nastolatka uciekającego z ogarniętej wojną Syrii do wykwalifikowanego mistrza mechaniki samochodowej i właściciela rozwijającego się warsztatu – droga Khaleda była długa i pełna przeszkód. Mimo trudnych doświadczeń nie zrezygnował jednak ze swoich planów. Dziś nie tylko pracuje w zawodzie, o którym marzył jako dziecko, ale również daje pracę i możliwość zdobycia zawodu kolejnym osobom.

źródło: hna.de

Coraz mniej lekarzy, coraz dłuższe kolejki. Niemcy mają poważny problem z dostępnością opieki medycznej

2

Nie tylko na wsi brakuje lekarzy

To nie tylko subiektywne odczucie. Z badań wynika, że zdecydowana większość Niemców nie jest zadowolona z funkcjonowania systemu ochrony zdrowia. Wśród głównych powodów wymienia się coraz mniejszą liczbę lekarzy oraz rosnące koszty leczenia. W ubiegłym roku w Niemczech zamknęło się około 5500 gabinetów lekarskich. Już teraz brakuje około 5000 lekarzy rodzinnych, a według jednego z badań do 2030 roku luka ta może wzrosnąć do 8200. Co czwarty lekarz rodzinny planuje bowiem zakończyć pracę w ciągu najbliższych pięciu lat. Dużą rolę odgrywa wiek – niemal 40 proc. lekarzy rodzinnych i około 38 proc. wszystkich lekarzy posiadających kontrakty z kasami chorych ma co najmniej 60 lat. Jednocześnie liczba studentów medycyny jest dziś znacznie większa niż kilkanaście lat temu. W 2026 roku studiuje ją około 117 tys. osób, z czego 65 proc. stanowią kobiety. W 2007 roku było ich około 78,5 tys. Spośród obecnych studentów około 95 proc. przystępuje do egzaminu państwowego. Problem polega jednak na tym, że samo zwiększenie liczby absolwentów nie rozwiązuje problemu niedoboru lekarzy w konkretnych miejscach.

Pacjent najpierw do lekarza rodzinnego?

Niedawno Bundestag i Bundesrat przyjęły reformę ochrony zdrowia przygotowaną przez rząd Friedricha Merza. Zakłada ona znaczące oszczędności, choć według przywołanych badań sprzeciwia się im około 75 proc. Niemców. Wśród planowanych zmian znalazły się m.in. ograniczenie możliwości korzystania z rodzinnego ubezpieczenia zdrowotnego, wyższe dopłaty do leków, możliwość częściowego zwolnienia lekarskiego, podniesienie limitu podstawy wymiaru składek, obniżenie dopłat do protez i innych świadczeń stomatologicznych oraz obowiązek uzyskania drugiej opinii lekarskiej przed niektórymi operacjami. W planach znajduje się również reforma podstawowej opieki zdrowotnej. Zgodnie z jej założeniami pacjent w pierwszej kolejności miałby zgłaszać się do lekarza rodzinnego, który w razie potrzeby kierowałby go do odpowiedniego specjalisty. Ma to ograniczyć powtarzanie badań oraz niepotrzebne wizyty u lekarzy. Wyjątki mają dotyczyć m.in. ginekologów, okulistów i dentystów. Pojawia się jednak zasadnicze pytanie: czy lekarze rodzinni, którzy mieliby pełnić w systemie jeszcze ważniejszą funkcję, są w stanie przyjąć dodatkowych pacjentów?

Lekarz rodzinny może stać się wąskim gardłem

Lekarze rodzinni już dziś pracują na granicy swoich możliwości. Rząd chce dlatego postawić m.in. na telefoniczne i cyfrowe wstępne konsultacje, elektroniczne skierowania, sprawniejsze umawianie wizyt oraz większą współpracę lekarzy z innymi zawodami medycznymi. Celem jest lepsze wykorzystanie ograniczonej liczby dostępnych lekarzy rodzinnych. Nie wiadomo jednak, czy takie rozwiązania rzeczywiście pozwolą skrócić czas oczekiwania pacjentów ubezpieczonych w ustawowym systemie GKV na wizytę u specjalisty. Obecnie wynosi on średnio 42 dni. Liczba lekarzy prowadzących własne gabinety nieznacznie spadła i wynosi około 122,9 tys. Coraz więcej młodych medyków wybiera natomiast zatrudnienie na etacie zamiast prowadzenia własnej praktyki, często również w niepełnym wymiarze czasu. Różnice między poszczególnymi regionami są ogromne. W dużych miastach, takich jak Berlin czy Hamburg, na jednego lekarza przypada około 1000 mieszkańców. Na terenach wiejskich i w regionach słabszych strukturalnie jeden lekarz może przypadać nawet na 1400-1600 osób.

– W wielu takich miejscach prowadzi to do ogromnej liczby pacjentów i długiego czasu oczekiwania – mówi Roland Stahl, rzecznik Kassenärztliche Bundesvereinigung (KBV). Według niego kilka milionów osób mieszka w regionach oficjalnie uznawanych za zagrożone niedostatecznym zabezpieczeniem opieki medycznej.

Niemcy wydają na leczenie coraz więcej

W 2025 roku ustawowe kasy chorych (GKV) wydały 336,4 mld euro. To o 7,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Do GKV należy około 90 proc. mieszkańców Niemiec. Z kolei około 15,8 mln członków rodzin jest obecnie objętych ubezpieczeniem bez konieczności opłacania dodatkowej składki. Władze poszczególnych landów próbują zachęcać młodych ludzi do wyboru medycyny, oferując maturzystom miejsca na studiach nawet w sytuacji, gdy ich wyniki z matury nie wystarczałyby normalnie do przyjęcia. W zamian przyszli lekarze zobowiązują się zazwyczaj do około dziesięciu lat pracy jako lekarze rodzinni w regionach, w których występuje niedobór medyków. Coraz więcej osób próbuje jednak wycofać się z takich umów. Niektórzy lekarze kierują sprawy do sądów, ponieważ za rezygnację przewidziano kary sięgające 250 tys. euro. Według „Ärztezeitung” 6 października w Nadrenii Północnej-Westfalii mają rozpocząć się pierwsze z 17 postępowań. Podobne sprawy toczą się również w Hesji, Bawarii i Kraju Saary.

Dlaczego młodzi lekarze nie chcą pracować na wsi?

Problemy, z jakimi mierzą się lekarze w mniejszych miejscowościach, dobrze ilustruje przykład Sandry Schröder, 50-letniej lekarki rodzinnej z Pockau-Lengefeld w Saksonii, miejscowości liczącej około 7200 mieszkańców. W liście do BILD lekarka opisuje przede wszystkim ogromną ilość biurokracji. Formularze, dokumentacja i kolejne obowiązki administracyjne zabierają czas, który mógłby zostać przeznaczony na leczenie pacjentów. Według danych KBV lekarz prowadzący własny gabinet poświęca średnio 7,4 godziny tygodniowo wyłącznie na ustawowe obowiązki związane ze sprawozdawczością, wnioskami i dokumentacją. Do tego dochodzą problemy finansowe. Średni przychód z tytułu leczenia jednego pacjenta ubezpieczonego w kasie chorych wynosi około 66 euro za kwartał – niezależnie od tego, czy pacjent pojawi się w gabinecie raz, czy pięć lub sześć razy.

– Wynagrodzenia z kas chorych są uzależnione od absurdalnych warunków. Jeśli rozmowa z pacjentem trwa krócej niż dziesięć minut, często w ogóle nie można jej rozliczyć. Nawet za zwykłe opatrzenie otarcia nie ma osobnego kodu rozliczeniowego. Lekarze często pracują tutaj bez wynagrodzenia – przekonuje Schröder.

„Lekarze na wsi czują się pozostawieni sami sobie”

Zdaniem lekarki obecny system prowadzi również do powstawania coraz wyraźniejszych różnic między prywatną a publiczną opieką zdrowotną.

– To system dwóch klas. Prywatni lekarze mogą samodzielnie ustalać ceny zgodnie z zasadą podaży i popytu. W ten sposób omijają system kas chorych i zarabiają wielokrotnie więcej. My, lekarze na wsi, jesteśmy w gorszej sytuacji, ponieważ mamy niewielu prywatnych pacjentów. Nasze gabinety utrzymują się przede wszystkim z osób starszych, ubezpieczonych ustawowo – mówi Schröder.

Prowadzenie własnej praktyki może oczywiście przynosić lekarzowi 150-200 tys. euro brutto rocznie po odliczeniu kosztów działalności. Dla wielu młodych medyków ryzyko związane z przejęciem gabinetu okazuje się jednak zbyt duże. Trzeba bowiem przejąć wyposażenie i sprzęt poprzedniego właściciela, co może oznaczać bardzo wysokie koszty. Przy przejmowaniu praktyki pojawia się również kwestia wykupu bazy pacjentów. Jak wskazuje Schröder, związane z nią prawa mogą nawet podlegać dziedziczeniu i w określonych sytuacjach wymagają wypłaty odszkodowania osobom, które nie są lekarzami. To właśnie takie ryzyko sprawia, że młodzi medycy coraz częściej wybierają bezpieczniejsze zatrudnienie na etacie oraz elastyczną pracę w niepełnym wymiarze godzin.

– Problemem jest krytyczna zmiana strukturalna. Młodzi lekarze uciekają od ryzyka związanego z samozatrudnieniem i coraz częściej wybierają etaty oraz elastyczne modele pracy na część etatu – podsumowuje Roland Stahl z KBV.

Niemiecka służba zdrowia stoi więc przed podwójnym wyzwaniem: lekarzy w kraju nie brakuje wyłącznie „na papierze”, ale przede wszystkim w konkretnych regionach i specjalizacjach. Samo zwiększanie liczby studentów medycyny może nie wystarczyć, jeśli młodzi lekarze nadal będą unikać własnych gabinetów i pracy w najbardziej potrzebujących regionach.

źródło: bild.de

Większość Niemców nie wierzy, że Merz dotrwa do końca kadencji

1

Sondaż: ponad połowa Niemców przewiduje wcześniejsze odejście Merza

Ponad połowa mieszkańców Niemiec nie wierzy, że Friedrich Merz pozostanie kanclerzem federalnym przez całą obecną kadencję. Z sondażu YouGov przeprowadzonego na zlecenie Deutsche Presse-Agentur wynika, że część respondentów spodziewa się jego odejścia jeszcze przed kolejnymi regularnymi wyborami do Bundestagu w 2029 roku. 36 procent ankietowanych uważa, że przewodniczący CDU pozostanie kanclerzem do końca tego roku, ale zostanie odwołany ze stanowiska przed wyborami parlamentarnymi w 2029 roku. Kolejne 18 procent jest jeszcze bardziej sceptycznych i przewiduje, że Merz straci urząd już w tym roku. Jedynie 29 procent badanych zakłada, że Friedrich Merz pozostanie kanclerzem co najmniej do następnych regularnych wyborów w 2029 roku. 17 procent respondentów nie potrafiło udzielić odpowiedzi. Oznacza to, że łącznie 54 procent ankietowanych przewiduje, że Merz nie dotrwa na stanowisku do końca obecnej kadencji.

Zmiany personalne nie wzmocniły pozycji Merza

Sondaż pokazuje również, że przeprowadzone przed przerwą wakacyjną zmiany personalne nie przełożyły się na wzrost autorytetu kanclerza w jego własnej partii. 36 procent badanych uważa, że Friedrich Merz zdecydowanie stracił na autorytecie. Kolejne 31 procent jest zdania, że raczej stracił pozycję i wpływy. Łącznie daje to 67 procent respondentów, którzy dostrzegają spadek autorytetu kanclerza w CDU. Odmiennego zdania jest zaledwie 6 procent ankietowanych. Tylko 1 procent uważa, że Merz zdecydowanie zyskał na autorytecie, a 5 procent twierdzi, że raczej tak się stało. 19 procent respondentów nie widzi natomiast ani wyraźnego wzrostu, ani spadku jego pozycji.

Hendrik Wüst oceniany wyżej niż Merz

Uczestników badania zapytano również, którego z dwóch polityków osobiście uważają za bardziej odpowiedniego na stanowisko kanclerza federalnego. Wynik jest wyraźny: 25 procent wskazało na partyjnego kolegę Merza, premiera Nadrenii Północnej-Westfalii Hendrika Wüsta. Na Friedricha Merza zagłosowało natomiast zaledwie 9 procent respondentów. Aż 66 procent ankietowanych odpowiedziało „nie wiem”. Wśród osób, które zdecydowały się wskazać jednego z polityków, Wüst wypada więc zdecydowanie korzystniej od obecnego kanclerza.

Co wynika z sondażu?

Badanie pokazuje wyraźny sceptycyzm Niemców wobec politycznej przyszłości Friedricha Merza. Większość respondentów nie zakłada, że obecny kanclerz pozostanie na stanowisku aż do końca kadencji, a jednocześnie zdecydowana większość nie uważa, by ostatnie zmiany personalne w rządzie, frakcji parlamentarnej i kierownictwie CDU wzmocniły jego pozycję w partii. Co więcej, w bezpośrednim porównaniu z Hendrikiem Wüstem Merz wypada znacznie słabiej pod względem oceny tego, kto byłby bardziej odpowiednim kanclerzem. Należy jednak pamiętać, że sondaż nie jest prognozą polityczną ani dowodem na to, że Friedrich Merz rzeczywiście straci urząd przed 2029 rokiem. Pokazuje jedynie aktualne przekonania i oceny respondentów.

Jak przeprowadzono badanie?

YouGov przeprowadził badanie na zlecenie Deutsche Presse-Agentur w dniach od 14 do 17 sierpnia. Wzięło w nim udział 2091 osób uprawnionych do głosowania. Respondentów zapytano, jak długo ich zdaniem Friedrich Merz pozostanie kanclerzem federalnym, którego z polityków uważają za bardziej odpowiedniego na to stanowisko oraz czy – ich zdaniem – Merz zyskał, czy stracił na autorytecie w CDU w wyniku zmian personalnych w rządzie federalnym, frakcji parlamentarnej i kierownictwie partii.

źródło: faz.net