Eskalacja bójki w Mannheim  – 31-latek odgryzł mężczyźnie fragment nosa

0

W Mannheim-Käfertal (Badenia-Wirtembergia) doszło w nocy z soboty na niedzielę do wyjątkowo brutalnej bójki. Podczas eskalacji konfliktu 31-letni mężczyzna odgryzł 51-latkowi fragment nosa. Wcześniej grupa, w której znajdowali się obaj mężczyźni, spędzała wieczór przy alkoholu w okolicach kręgielni.

Od wspólnego picia do brutalnego konfliktu

Do zdarzenia doszło około godziny 2.15 w rejonie Ladenburger Straße w Mannheim. Kilka osób spędzało wcześniej czas w pobliżu Bowlingparks, gdzie spożywano dużą ilość alkoholu.

Już tam miało dojść do pierwszych napięć: między 31-letnim mężczyzną a 26-letnią kobietą z tej samej grupy wywiązał się spór. Na tym etapie konflikt udało się jeszcze załagodzić.

Eskalacja na drodze do domu: atak z użyciem… zębów

Sytuacja zmieniła się, gdy grupa wspólnie pieszo wracała do domu. Wtedy doszło do ponownej kłótni, tym razem z udziałem 31-latka i 51-letniego mężczyzny.

Według policyjnych ustaleń, 31-latek najpierw ugryzł 51-latka w prawy kciuk, następnie ugryzł go w nos tak mocno, że odgryzł jego fragment.

W wyniku tego ataku 51-latek doznał poważnego urazu twarzy.

Kontratak 51-latka i kolejne obrażenia

Na przemoc ze strony młodszego mężczyzny 51-latek zareagował uderzeniem pięścią w twarz napastnika. W wyniku tego ciosu 31-latek doznał krwawiącej rany w okolicy wargi. Na tym jednak zajście się nie zakończyło.

Kolejny mężczyzna próbował rozdzielić uczestników bójki

W bójkę włączył się kolejny mężczyzna, który próbował rozłączyć walczących. Podczas tej próby został uderzony pięścią w twarz przez 31-latka – jego okulary zostały uszkodzone.

Po tym zdarzeniu 31-latek uciekł z miejsca zdarzenia.

Interwencja policji i badanie trzeźwości

Na miejsce została wezwana policja. Funkcjonariusze odnaleźli 31-latka niedaleko miejsca zdarzenia. Przeprowadzono rutynowe badanie alkomatem:

  • u 31-latka stwierdzono ponad 2 promile alkoholu w wydychanym powietrzu,
  • 51-latek również został przebadany – wynik wyniósł 0,6 promila.

Obaj mężczyźni byli więc w chwili zdarzenia pod wyraźnym wpływem alkoholu.

Niejasne relacje między uczestnikami i odmowa natychmiastowej pomocy medycznej

Rzecznik Polizeipräsidium Mannheim w rozmowie z „Bild” przekazał, że nie jest dotąd jasne, w jakiej relacji pozostają do siebie uczestnicy zajścia.

Dodał również, że 51-latek z odgryzionym fragmentem nosa odmówił natychmiastowej pomocy medycznej na miejscu.

Apel policji: poszukiwani świadkowie zdarzenia

Sprawą zajmuje się komisariat policji w Mannheim-Käfertal. Funkcjonariusze proszą świadków zdarzenia o kontakt.

Osoby, które mogą przekazać informacje na temat przebiegu bójki, proszone są o zgłoszenie się pod numerem telefonu: 0621 / 71849-0.

Policja będzie na podstawie zebranych zeznań i materiałów wyjaśniać dokładny przebieg zdarzenia oraz odpowiedzialność karną poszczególnych uczestników.

źródło: bild.de

Niemcy: tajemniczy mord w „najpiękniejszym miasteczku” w kraju. Rusza masowy test DNA obejmujący 1800 mężczyzn

0

Spokojne, liczące około 10 tysięcy mieszkańców Tangermünde w landzie Sachsen-Anhalt od lat uchodzi za jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Niemczech. W 2019 roku miejscowość otrzymała nawet oficjalny tytuł „najpiękniejszego małego miasta w Niemczech”. Od dwóch lat nad tym malowniczym miasteczkiem w regionie Altmark ciąży jednak nierozwiązana sprawa brutalnego zabójstwa 61-letniej Marlis Sappelt.

Śledztwo przez długi czas znajdowało się w impasie. Teraz nastąpił przełom – śledczy znaleźli ślad DNA należący do nieznanego mężczyzny. W związku z tym sąd zarządził szeroko zakrojone badania genetyczne. Do udziału w nich wezwano około 1800 mężczyzn.

Spokojne życie i nagła śmierć 61-letniej mieszkanki Tangermünde

Marlis Sappelt była osobą dobrze znaną w swoim otoczeniu. Sąsiedzi oraz współpracownicy wspominają ją jako spokojną i życzliwą kobietę. Mimo że prowadziła raczej samotny i wycofany tryb życia, cieszyła się sympatią wśród mieszkańców.

9 czerwca 2024 roku kobieta została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu w Tangermünde. Początkowo sąsiedzi przypuszczali, że przyczyną śmierci mogła być nagła choroba albo nieszczęśliwy wypadek w domu. Szybko okazało się jednak, że te przypuszczenia były błędne.

Sekcja zwłok wykazała jednoznacznie, że doszło do przestępstwa.

„Ta kobieta została zamordowana” – potwierdził po otrzymaniu wyników sekcji prokurator Thomas Kramer, rzecznik prokuratury w Stendal.

Od tego momentu policja z jednostki kryminalnej w Stendal prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa (Totschlag) przeciwko nieznanemu sprawcy.

Ostatni raz widziana 7 czerwca

Według ustaleń śledczych Marlis Sappelt po raz ostatni widziano żywą w piątek 7 czerwca 2024 roku.

Jak poinformowała rzeczniczka policji kryminalnej Juliane Jokmin, około godziny 13.00 kobieta opuściła swoje miejsce pracy przy Otto-Kiesel-Straße. Po tym czasie ślad po niej się urywa.

Dwa dni później została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu.

Niewiele śladów i brak podejrzanych

Początkowy etap śledztwa nie przyniósł przełomu. Funkcjonariusze przesłuchali współpracowników oraz osoby z najbliższego otoczenia kobiety.

Nie udało się jednak ustalić ani motywu zbrodni, ani wskazać potencjalnego sprawcy.

Policjanci wielokrotnie wracali również na miejsce zbrodni przy Hünerdorferstraße. Na drzwiach budynku pod numerem 46 wciąż widoczne są ślady po licznych policyjnych plombach zabezpieczających miejsce zdarzenia – to znak, że śledczy wielokrotnie analizowali miejsce zbrodni, licząc na znalezienie nowych śladów.

Sąsiedzi wspominają ofiarę

Jednym z sąsiadów Marlis Sappelt był 86-letni Hanno G., który przez wiele lat mieszkał z nią w bezpośrednim sąsiedztwie.

Jak opowiada, kobieta mieszkała w domu razem ze swoim bratem. Ten jednak zmarł niedługo przed jej śmiercią.

„Marlis mieszkała tu z bratem. On zmarł krótko wcześniej. Przed jej śmiercią pojawiali się jacyś obcy ludzie w dużym samochodzie. Parkowali przed domem i ją odwiedzali. Mówiło się, że chce sprzedać dom” – relacjonuje sąsiad.

Inny mieszkaniec ulicy, 65-letni Jürgen S., opisuje ofiarę jako bardzo spokojną i uprzejmą osobę.

„Była niezwykle cichą i przyjazną sąsiadką. Po śmierci młodszego brata stała się jeszcze bardziej zamknięta w sobie. Nikt z nas przy Hünerdorferstraße nie potrafi sobie wyobrazić, kto mógł zrobić jej coś takiego”.

Ofiara spoczęła w anonimowym grobie

Po śmierci Marlis Sappelt okazało się, że kobieta nie miała bliskich krewnych.

Zarówno ona, jak i jej zmarły wcześniej brat zostali pochowani na cmentarzu w Tangermünde w anonimowym grobie.

Po 21 miesiącach przełom: nieznane DNA mężczyzny

Przez długie miesiące sprawa pozostawała nierozwiązana i zaczęła być postrzegana jako tzw. „cold case”.

Dopiero po 21 miesiącach śledczy natrafili na istotny ślad – obce DNA znalezione w miejscu związanym ze zbrodnią.

„Jest to DNA należące do mężczyzny, którego tożsamości do tej pory nie udało się ustalić” – poinformowała rzeczniczka policji Juliane Jokmin.

Odkrycie tego śladu doprowadziło do decyzji o przeprowadzeniu szeroko zakrojonego badania genetycznego wśród mieszkańców.

1800 mężczyzn wezwanych do oddania próbek DNA

Na podstawie decyzji sądu rejonowego zarządzono tzw. badanie DNA w trybie porównawczym (Reihen-DNA-Untersuchung).

Wezwanie otrzymają mężczyźni, którzy:

  • w chwili popełnienia przestępstwa mieli od 17 do 75 lat,
  • mieszkali w określonych częściach Tangermünde.

Łącznie chodzi o około 1800 osób.

Badania będą dobrowolne, ale policja liczy na szeroką współpracę mieszkańców. Dzięki porównaniu materiału genetycznego z zabezpieczonym śladem śledczy mają nadzieję zidentyfikować osobę, której DNA znaleziono w związku ze sprawą.

Testy DNA odbędą się pod koniec marca

Masowe badania genetyczne zaplanowano na ostatni weekend marca.

Mężczyźni wezwani przez policję będą mogli oddać próbki DNA w sali Grete-Minde-Saal w Tangermünde.

Śledczy liczą, że właśnie dzięki tej akcji uda się wreszcie ustalić tożsamość osoby, której materiał genetyczny znaleziono w toku dochodzenia – a tym samym doprowadzić do przełomu w jednej z najbardziej tajemniczych spraw kryminalnych ostatnich lat w regionie Altmark.

Dla mieszkańców Tangermünde rozwiązanie tej sprawy ma ogromne znaczenie. Zabójstwo 61-letniej kobiety od dwóch lat rzuca cień na wizerunek spokojnego miasteczka, które jeszcze niedawno było symbolem bezpieczeństwa i sielskiej atmosfery małej miejscowości.

źródło: bild.de

Niemcy: para LGBT twierdzi, że wyrzucono ich z parku wodnego, bo są gejami – termy stanowczo zaprzeczają

2

W niemieckim Titisee-Neustadt (Badenia-Wirtembergia) doszło do sporu, który wywołał gorącą dyskusję o równe traktowanie osób LGBTQ. Dwaj francuscy influencerzy Arno i Léo twierdzą, że zostali zmuszeni do opuszczenia kompleksu „Badeparadies Schwarzwald”, ponieważ są parą jednopłciową i pocałowali się w strefie term. Zarzucają obsłudze homofobiczne zachowanie oraz groźby wezwania policji. Zarząd term stanowczo odrzuca oskarżenia i wskazuje na naruszenie regulaminu obiektu.

Zarzut pary influencerów: „Musieliśmy wyjść, bo jesteśmy gejami”

Do zdarzenia miało dojść na początku marca, podczas wieczornego pobytu Arno i Léo w „Badeparadies Schwarzwald” – 6000-metrowym kompleksie termalnym w Titisee-Neustadt. W opublikowanym w internecie materiale wideo para relacjonuje, że:

  • pocałowali się w strefie term,
  • zostali następnie skonfrontowani z homofobicznymi wypowiedziami,
  • mieli zostać nakłonieni do opuszczenia obiektu,
  • obsługa miała im również grozić wezwaniem policji.

O sprawie jako pierwsze poinformowało szwajcarskie „20 Minuten”. Dla Arno i Léo, którzy w swoich mediach społecznościowych otwarcie występują przeciw homofobii i na rzecz akceptacji związków jednopłciowych, sytuacja była szokiem.

Emocjonalne nagranie: „Nie mogłem nawet pocałować mojego chłopaka”

Według relacji „20 Minuten” para po zdarzeniu opłaciła jeszcze rachunek w wysokości około 100 euro, a następnie opuściła obiekt. W później opublikowanym wideo widać, jak Léo wyraźnie poruszony rozmawia telefonicznie ze swoją matką.

Dwa dni po zdarzeniu Arno i Léo opublikowali kolejne nagranie, w którym:

  • mówią o „głębokim upokorzeniu i dyskryminacji”,
  • podkreślają, że są wciąż „wstrząśnięci wydarzeniami”,
  • ponownie formułują ciężki zarzut: „Chodziło o to, że jesteśmy gejami.”

Jednocześnie stanowczo zaprzeczają, jakoby w termach miało dojść do czegokolwiek więcej niż do pocałunku. „Nie jesteśmy dzikusami, jesteśmy dobrze wychowani” – podkreślają w nagraniu.

Stanowisko „Badeparadies Schwarzwald”: „Pocałunek nie był powodem wyproszenia”

Na poważne oskarżenia odpowiedzieli operatorzy „Badeparadies Schwarzwald”. Dziennik „Bild” zwrócił się do nich z prośbą o komentarz. Jochen Brugger, szef term, w pisemnym oświadczeniu stwierdził, że doszło do nakazania opuszczenia obiektu, ale:

  • uzasadniają to „wielokrotnym naruszeniem ogólnie obowiązującego regulaminu kąpieliska”,
  • podkreślają, że decyzja „nie ma związku z osobistym tłem zaangażowanych osób”.

Jednocześnie nie podano żadnych szczegółów, jakie konkretnie zachowania miały stanowić naruszenie regulaminu ani jak dokładnie przebiegła interwencja wobec pary.

Brak odpowiedzi influencerów na pytania mediów

Jak informuje „Bild”, redakcja zwróciła się również do Arno i Léo z prośbą o komentarz do stanowiska term. Zapytanie wysłane w sobotni wieczór pozostało bez odpowiedzi.

Na ten moment opinia publiczna zna więc jedynie:

  • szczegółową relację pary influencerów,
  • oraz ogólne stanowisko zarządu term, który odrzuca zarzut homofobii, ale nie ujawnia szczegółów dotyczących rzekomych naruszeń regulaminu.

Kim są Arno i Léo? Francuscy influencerzy LGBTQ z dużym zasięgiem

Arno i Léo to francuska para influencerów LGBTQ, aktywna na kilku platformach społecznościowych. Według opisu:

  • na Instagramie obserwuje ich około 40 000 osób,
  • na TikToku mają około 150 000 obserwujących.

W swoich treściach:

  • pokazują codzienność jako para,
  • dzielą się fragmentami życia w związku jednopłciowym,
  • walczą o większą widoczność osób LGBTQ,
  • starają się przełamywać stereotypy dotyczące związków gejowskich i zachęcać do większej akceptacji.

Jednocześnie – jak sami podkreślają – z powodu swojej obecności w sieci regularnie spotykają się z homofobicznymi komentarzami i mową nienawiści. Opisywany incydent w Niemczech wpisuje się w szerszy kontekst doświadczeń związanych z dyskryminacją.

źródło: bild.de

Niemcy: śmiertelny atak w pociągu regionalnym. Podejrzany 26-latek pozostaje w areszcie, prokuratura nie ujawnia jego nazwiska

1

Trwa śledztwo po zabójstwie pracownika kolei

W Niemczech trwa śledztwo w sprawie śmiertelnego ataku na pracownika kolei w pociągu regionalnym w pobliżu Kaiserslautern. W związku ze sprawą w areszcie śledczym przebywa 26-letni obywatel Grecji, podejrzany o zabójstwo konduktora podczas kontroli biletów.

Śledczy nie ujawniają jego tożsamości. Władze tłumaczą, że decyzja ta wynika z przepisów prawa oraz konieczności ochrony praw podejrzanego na etapie postępowania.

Atak podczas kontroli biletów

Do zdarzenia doszło na początku lutego w pociągu regionalnym kursującym w okolicach Kaiserslautern. Według ustaleń śledczych 26-letni mężczyzna zaatakował 36-letniego pracownika kolei Serkana C. w trakcie kontroli biletów.

Podejrzany wielokrotnie uderzył konduktora w głowę. W wyniku ataku ofiara straciła przytomność i została przewieziona do szpitala, gdzie później zmarła. Przyczyną śmierci był krwotok mózgowy.

Podejrzany obywatel Grecji mieszkał w Luksemburgu

Prokuratura w Zweibrücken potwierdziła jedynie podstawowe informacje dotyczące zatrzymanego. Jak przekazano, jest to 26-letni obywatel Grecji mieszkający w Luksemburgu.

Od momentu zdarzenia mężczyzna przebywa w areszcie śledczym. Postępowanie prowadzone jest pod kątem zabójstwa.

Dlaczego prokuratura nie ujawnia nazwiska?

Rzecznik prokuratury w Zweibrücken, Felix Huth, wyjaśnił, że ujawnienie nazwiska podejrzanego na etapie śledztwa stanowiłoby „poważną ingerencję w ogólne prawo do ochrony dóbr osobistych”.

Władze podkreślają również, że obowiązuje zasada domniemania niewinności, a przedwczesne ujawnienie tożsamości mogłoby naruszyć prawo do rzetelnego procesu.

Nawet imię mogłoby doprowadzić do identyfikacji

Zdaniem prokuratury problematyczne mogłoby być nawet podanie samego imienia podejrzanego. Jak wyjaśnił rzecznik, w przypadku obywatela Grecji noszącego rzadkie greckie imię istnieje „szczególnie duże prawdopodobieństwo identyfikacji”.

W takiej sytuacji mogłoby dojść do publicznego napiętnowania podejrzanego jeszcze przed zakończeniem postępowania.

W sieci pojawiły się nieprawdziwe informacje

Krótko po zdarzeniu niektóre media opublikowały skróconą formę nazwiska podejrzanego. W mediach społecznościowych zaczęły również krążyć nieprawdziwe informacje dotyczące jego tożsamości i pochodzenia.

Śledczy podkreślają, że tego typu spekulacje utrudniają prowadzenie postępowania i mogą prowadzić do błędnego wskazywania osób niemających związku ze sprawą.

Podejrzany był wcześniej zatrzymany przez policję

Z ustaleń służb wynika, że kilka godzin przed śmiertelnym atakiem 26-latek zwrócił już uwagę funkcjonariuszy.

Federalna policja wyprowadziła go rano z pociągu TGV jadącego z Francji do Niemiec po tym, jak kopał w drzwi wagonu. Po interwencji został usunięty z pociągu w Kaiserslautern.

Śledztwo w sprawie zabójstwa konduktora nadal trwa, a okoliczności zdarzenia są szczegółowo analizowane przez prokuraturę i policję.

źródło: jungefreiheit.de

Niemcy: Ver.di ogłasza kolejne strajki w publicznym transporcie miejskim

0

Kolejny strajk ostrzegawczy w lokalnym transporcie publicznym: W co najmniej pięciu niemieckich landach autobusy i metro mają pozostać w swoich zajezdniach w czwartek. Według związku zawodowego ver.di, do strajku mogą dołączyć kolejne dwa landy.

Co planuje ver.di?

Związek zawodowy ver.di ponownie wezwał do strajków ostrzegawczych w transporcie publicznym w kilku niemieckich landach. Autobusy i metro w Bawarii, Saarze, Brandenburgii, Nadrenii Północnej-Westfalii i Hamburgu pozostaną w swoich zajezdniach przez cały czwartek, ogłosił związek.

W Hesji decyzja o tym, czy związek również zawezwie do strajku, zostanie podjęta dziś wieczorem, po trwających negocjacjach. W Bremie ostateczna decyzja spodziewana jest w środę.

Tydzień pełen sporów pracowniczych

W Nadrenii Północnej-Westfalii, oprócz czwartkowych strajków, we wtorek w większości regionów odbędą się strajki ostrzegawcze w transporcie publicznym. Związek zawodowy wzywał do tych strajków już w zeszłym tygodniu. Dziś, w poniedziałek, pracownicy biur administracyjnych i punktów obsługi klienta w tym kraju związkowym również mają opuścić miejsca pracy. Poniedziałkowe strajki obejmują również transport publiczny w Saksonii.

To trzecia duża, skoordynowana akcja protestacyjna w ramach trwających negocjacji zbiorowych w transporcie publicznym, które ver.di prowadzi jednocześnie we wszystkich krajach związkowych. Porozumienia osiągnięto już w Badenii-Wirtembergii i Szlezwiku-Holsztynie. „W wielu krajach związkowych niestety jesteśmy wciąż w punkcie wyjścia – w czwartym miesiącu tych negocjacji” – stwierdziła wiceprzewodnicząca ver.di, Christine Behle. „Pracodawcy twierdzą, że czasy są trudne. Nie możemy jednak pozwolić sobie na wahanie przy stole negocjacyjnym; pilnie potrzebujemy rozwiązań”.

Negocjacje zbiorowe w celu poprawy warunków pracy

Celem związku jest zmniejszenie obciążenia pracą pracowników i przywrócenie atrakcyjności zawodów. Tylko w ten sposób można powstrzymać dużą rotację kadr i zwalczyć niedobór kierowców.

W większości krajów związkowych Niemiec negocjacje zbiorowe z samorządowymi związkami pracodawców i firmami transportowymi koncentrują się na poprawie warunków pracy w ramach tzw. układów zbiorowych pracy. Układy te regulują takie kwestie, jak godziny pracy, długość przerw i czas wolny między zmianami.

W Bawarii, Brandenburgii, Saarze, Turyngii oraz w hamburskiej spółce transportu publicznego (Hochbahn) trwają również negocjacje dotyczące podwyżek płac i pensji. Dolna Saksonia jak dotąd w dużej mierze uniknęła sporów pracowniczych. Do końca marca obowiązuje tam umowa o zakazie strajków, w trakcie której strajki są zabronione.

źródło: tagesschau.de

Niemcy: 15-latek ukradł autobus i jechał ponad 100 km, by zawieźć dziewczynę do szkoły

0

Ta historia brzmi jak scenariusz filmu, ale wydarzyła się naprawdę. Piętnastoletni chłopak z Moguncji ukradł w piątek rano autobus z terenu zajezdni w Wiesbaden i przejechał nim ponad 100 kilometrów przez poranny ruch uliczny, aby odebrać swoją 14-letnią dziewczynę z domu w Karlsruhe i zawieźć ją do szkoły. Teraz nastolatek będzie musiał odpowiedzieć za swoje zachowanie przed wymiarem sprawiedliwości.

Kradzież autobusu w Wiesbaden: jak doszło do zdarzenia

Do zdarzenia doszło w piątek wczesnym rankiem na terenie zakładu komunikacji miejskiej w Wiesbaden. Jak poinformowała policja, 15-latek z Moguncji wszedł na teren zajezdni i otworzył autobus liniowy.

Następnie uruchomił pojazd przy użyciu klucza głównego (Generalschlüssel). Na tym etapie śledczy nie wiedzą jeszcze:

  • w jaki sposób nastolatek wszedł w posiadanie tego klucza,
  • skąd miał umiejętności, by tak sprawnie prowadzić duży pojazd przez zatłoczone ulice.

Te kwestie pozostają przedmiotem dalszych ustaleń policji.

Ponad 100 kilometrów przez poranny ruch: trasa do Karlsruhe

Po uruchomieniu autobusu chłopak wyjechał nim z terenu zakładu i włączył się do porannego ruchu ulicznego. Według policyjnych informacji, przejechał ponad 100 kilometrów, kierując się z Wiesbaden w stronę Karlsruhe.

Celem tej nietypowej podróży było odebranie 14-letniej dziewczyny z domu w Karlsruhe, aby – jak wynika z relacji policji – zawieźć ją do szkoły. Do tego momentu nastolatek zdołał przejechać całą trasę bez spowodowania uszkodzeń pojazdu.

Brak autobusu zauważony dopiero po kilku godzinach

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że brak autobusu przez dłuższy czas nie został rozpoznany jako kradzież. Pojazd był zatankowany w nocy i przygotowany do wyjazdu na trasę.

Dopiero około godziny 6.00 rano zauważono, że autobusu nie ma na terenie zakładu. Początkowo jednak zakładano, że doszło do pomyłki i że kierowca wyjechał niewłaściwym autobusem. Z tego powodu zdarzenie nie zostało od razu zgłoszone policji jako kradzież.

Dopiero około południa sprawa trafiła oficjalnie do policji, co oznacza, że przez kilka godzin nastolatek mógł swobodnie poruszać się skradzionym autobusem po drogach.

Namierzenie autobusu w Karlsruhe i interwencja policji

Prowadzone po zgłoszeniu czynności wyjaśniające doprowadziły policję na trop autobusu w Karlsruhe. To tam policyjny patrol zauważył pojazd w piątkowe południe.

Z informacji przekazanych przez policję wynika, że niedługo przed tym, jak funkcjonariusze zauważyli autobus, 15-latek zdążył już zabrać swoją 14-letnią dziewczynę z domu, zgodnie ze swoim pierwotnym zamiarem.

Policja zatrzymała pojazd, a nastolatek został wylegitymowany i przekazany pod opiekę dorosłych.

Konsekwencje prawne: zarzut kradzieży i jazdy bez uprawnień

Po zatrzymaniu chłopaka policja potwierdziła, że nie posiada on prawa jazdy, co przy jego wieku jest oczywiste, ale ma istotne znaczenie prawne. W związku z tym nastolatek będzie musiał teraz odpowiedzieć za dwa główne czyny:

  • kradzież autobusu,
  • prowadzenie pojazdu bez wymaganych uprawnień.

Po zakończeniu czynności policyjnych 15-latek został odwieziony do swoich opiekunów prawnych. Policja podkreśliła, że autobus liniowy pozostał nieuszkodzony, co oznacza, że mimo skrajnie nieodpowiedzialnego zachowania, nie doszło do strat materialnych w pojeździe.

Niewyjaśnione motywy i otwarte pytania

W wypowiedzi dla mediów rzeczniczka policji przyznała, że wciąż pozostaje wiele niewiadomych. Funkcjonariusze nie wiedzą jeszcze:

  • jak dokładnie 15-latek wszedł w posiadanie klucza głównego,
  • dlaczego potrafił tak dobrze prowadzić autobus,
  • co skłoniło go do wybrania właśnie takiej, nielegalnej formy „podwiezienia” dziewczyny do szkoły.

Rzeczniczka podkreśliła, że motywy działania nastolatka nie są na tym etapie jasne. Z perspektywy prawa jednak kluczowe jest to, że doszło do kradzieży pojazdu oraz prowadzenia go bez uprawnień, niezależnie od tego, że celem była – w jego rozumieniu – „podróż do szkoły” z dziewczyną.

Spektakularna historia z Niemiec, poważne konsekwencje dla nieletniego

Choć cała sytuacja może brzmieć jak nieprawdopodobna anegdota, w niemieckim systemie prawnym tego typu zachowanie traktowane jest bardzo poważnie. Nieletni sprawca będzie musiał liczyć się z konsekwencjami przewidzianymi dla młodocianych, a sprawa stanie się częścią jego historii w kontaktach z wymiarem sprawiedliwości.

Fakt, że autobus nie został uszkodzony, a podczas przejazdu nie doszło – według przekazanych informacji – do wypadku, nie zmienia oceny prawnej czynu. Dla opinii publicznej w Niemczech ta historia jest jednocześnie szokująca i poruszająca, bo pokazuje, jak daleko potrafi posunąć się nastolatek, by zrealizować pozornie „niewinny” cel – zawiezienie dziewczyny do szkoły.

źródło: zdfheute.de

Rodzące kobiety „za głośne” dla sąsiada – sala porodowa w Trewirze nie może być już używana

2

Dom narodzin w Trewirze (Trier) w Niemczech musi znacząco ograniczyć swoją działalność. Po skardze sąsiada i postępowaniu przed sądem administracyjnym zapadła decyzja, że jedno z najważniejszych pomieszczeń – większa sala porodowa z wanną – nie może być już wykorzystywane do przyjmowania porodów. Prowadzące placówkę mówią o „ogromnej katastrofie” dla rodzin i kobiet w ciąży.

Spór o hałas: skarga sąsiada na krzyki rodzących kobiet

Punktem wyjścia całej sprawy była skarga mężczyzny mieszkającego w bezpośrednim sąsiedztwie sali porodowej w Trewirze. Jak wynika z relacji dziennika „Trierischer Volksfreund” oraz innych mediów, sąsiad uznał, że krzyki kobiet podczas porodu stanowią dla niego nieakceptowalne obciążenie hałasem.

Mężczyzna mieszka w odległości około dziesięciu metrów od pomieszczenia, w którym dotychczas odbywały się porody, w tym porody w wannie. To właśnie odgłosy dobiegające z tego konkretnego pokoju stały się przedmiotem jego skargi.

Postępowanie przed sądem administracyjnym w Trewirze

Sąsiad zaskarżył decyzję władz miasta Trewiru, które wydały zgodę na funkcjonowanie domu narodzin. Wniósł sprawę do sądu administracyjnego w Trewirze (Verwaltungsgericht Trier), domagając się zmiany warunków działalności placówki.

W skardze argumentował, że odgłosy dobiegające z budynku – w szczególności krzyki rodzących kobiet – stanowią dla niego nieznośną uciążliwość akustyczną. Podkreślał, że hałas jest dla niego nie do przyjęcia w codziennym życiu, biorąc pod uwagę niewielką odległość jego mieszkania od sali porodowej.

Dom narodzin jako alternatywa dla porodu w szpitalu

Sporny dom narodzin w Trewirze działa od 2025 roku. Został utworzony jako alternatywa dla porodu w klinice, oferując bardziej kameralne warunki i możliwość porodu poza szpitalem.

W placówce do tej pory rodziło się zaledwie kilka dzieci miesięcznie, co oznacza stosunkowo niewielką liczbę porodów w skali miesiąca. Mimo to skarga sąsiada doprowadziła do zakwestionowania dotychczasowego sposobu funkcjonowania domu narodzin.

Ugoda przed sądem: zakaz korzystania z większej sali porodowej

Postępowanie przed sądem administracyjnym zakończyło się ugodą. Obie strony – sąsiad oraz przedstawicielki domu narodzin – zgodziły się na kompromisowe rozwiązanie.

Na mocy zawartego porozumienia:

  • większa sala porodowa z wanną nie może być już wykorzystywana do przyjmowania porodów,
  • w zamian skarżący sąsiad rezygnuje z dalszych kroków prawnych przeciwko placówce.

Oznacza to, że dom narodzin formalnie może dalej działać, ale traci jedno z kluczowych pomieszczeń, które dotąd odgrywało centralną rolę w jego ofercie.

„Ogromna katastrofa” dla rodzin i kobiet w ciąży

Decyzja o wyłączeniu z użytku większej sali porodowej ma poważne konsekwencje dla funkcjonowania placówki. Kierowniczka domu narodzin, Sarah Wolff, w rozmowie z „Tagesschau” nie kryła emocji.

„Nie mogłyśmy w to uwierzyć. Przede wszystkim dla rodzin jest to oczywiście ogromna katastrofa” – powiedziała Wolff.

Utrata głównego pomieszczenia porodowego oznacza znaczne ograniczenie możliwości przyjmowania porodów. Zmniejszają się realne „moce przerobowe” domu narodzin, co bezpośrednio uderza w kobiety w ciąży z Trewiru i okolic, które planowały poród w tej placówce.

Mniejsze możliwości, niepewna przyszłość: placówka szuka rozwiązań

Wraz z zakazem korzystania z większej sali porodowej istotnie spada liczba porodów, które dom narodzin będzie w stanie przyjąć. Dotychczasowa oferta, obejmująca m.in. porody w wannie, musi zostać przeorganizowana.

Zespół domu narodzin poinformował w mediach społecznościowych, że poszukuje teraz możliwych rozwiązań. Nie podano jednak szczegółów co do tego, jakie konkretnie kroki są rozważane. Jasne jest natomiast, że decyzja sądu wymusza przebudowę modelu działania placówki i ponowne przemyślenie organizacji przestrzeni.

Krytyka decyzji i spór o „normalne” odgłosy życia

Sprawa wywołała dyskusję i krytyczne komentarze. Osoby krytykujące decyzję zwracają uwagę, że w otoczeniu budynku i tak występują codzienne odgłosy, które są naturalnym elementem miejskiej przestrzeni.

Wskazuje się m.in. na:

  • hałas z pobliskiej kafeterii,
  • dźwięki związane z transportem chorych.

Zdaniem krytyków, na tle takich dźwięków odgłosy porodu – choć intensywne – są częścią normalnego życia i nie powinny prowadzić do tak daleko idących ograniczeń w funkcjonowaniu domu narodzin.

Sprawa z Trewiru jako punkt zapalny debaty o porodach poza szpitalem w Niemczech

Choć opisywana sytuacja dotyczy jednego konkretnego domu narodzin w Trewirze, jej konsekwencje wykraczają poza lokalny kontekst. Spór o hałas rodzących kobiet, zakończony ograniczeniem działalności placówki, staje się symbolem napięć wokół porodów poza szpitalem w Niemczech.

Z jednej strony mamy prawo sąsiada do ochrony przed uciążliwym hałasem, z drugiej – prawo kobiet do wyboru miejsca porodu oraz możliwość korzystania z alternatywnych form opieki okołoporodowej. Decyzja sądu i zawarta ugoda pokazują, jak trudne bywa wyważenie tych interesów, gdy w grę wchodzi codzienne współistnienie w gęstej zabudowie miejskiej.

W Trewirze skutkiem tego konfliktu jest bardzo konkretna zmiana: rodzące kobiety straciły dostęp do kluczowej sali porodowej z wanną, a dom narodzin musi szukać nowych sposobów, by dalej funkcjonować w ograniczonych warunkach.

źródło: spiegel.de

Kradzieże i wymuszenia w Niemczech: Polacy przodują w statystykach skazanych za paserstwo

1

W 2024 r. prawie co drugi oskarżony skazany za rozbój w Niemczech nie posiadał niemieckiego obywatelstwa. Spośród łącznie 1456 skazanych za rozbój w 2024 r. 704 osoby nie były obywatelami Niemiec, jak wynika z odpowiedzi rządu federalnego na zapytanie frakcji AfD w Bundestagu.

Obcokrajowcy traktowani jako Niemcy

Wśród skazanych przestępców zagranicznych głównymi grupami byli Syryjczycy (14 procent skazanych cudzoziemców), Marokańczycy (10,9 procent) i Rumuni (7,7 procent). W 2024 r. cudzoziemcy stanowili łącznie 14,1 procent całej populacji. Pochodzenie migracyjne skazanych Niemców, podobnie jak podwójne obywatelstwo, nie jest oddzielnie rejestrowane w statystykach. Osoby posiadające oprócz niemieckiego obywatelstwa również inne obywatelstwo są rejestrowane wyłącznie jako Niemcy.

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku osób skazanych za rozbój z użyciem przemocy. Spośród 943 osób skazanych w 2024 roku 430 nie posiadało niemieckiego obywatelstwa – stanowiło to 45,6 procent. Wśród sprawców zagranicznych największą grupę stanowili Syryjczycy (14,2 procent) – znacznie wyprzedzając Turków (6,7 procent) i Rumunów (6 procent).

W tym samym roku 44,4 procent rozbojów ze skutkiem śmiertelnym popełnili obcokrajowcy. W sumie w 2024 roku wydano dziewięć wyroków skazujących, z czego czterech sprawców stanowili obcokrajowcy.

W sumie w 2024 r. za wymuszenie z użyciem przemocy skazano 2231 osób, z czego 788 to obywatele innych państw niż Niemcy – co stanowi 35,3 procent. Najbardziej widoczną grupą sprawców zagranicznych byli Syryjczycy (19,8 procent), Turcy (7,5 procent), a także Afgańczycy i Irakijczycy, którzy stanowili po 5,7 procent wszystkich skazanych.

Polacy pojawiają się w statystykach dotyczących kradzieży

W 2024 roku za kradzież z użyciem przemocy skazano łącznie 1409 osób, z czego 674 stanowili obcokrajowcy, co odpowiada 47,8 procent. Wśród skazanych cudzoziemców głównymi krajami pochodzenia były Algieria (10,4 procent) oraz Maroko, Rumunia i Polska – po 7,1 procent.

Spośród 516 osób skazanych za wymuszenie 35,3 procent stanowili cudzoziemcy, co w liczbach bezwzględnych daje 182 osoby. Wśród nich największą grupę stanowili Turcy z udziałem 14,3 procent, a następnie Syryjczycy z 11,6 procent i Rumuni z 9,3 procent.

Polacy przodują w statystykach skazanych za paserstwo

Większość osób skazanych w 2024 roku za paserstwo nie była obywatelami Niemiec. Spośród łącznie 1361 skazanych 730 stanowili obcokrajowcy – to 53,6 procent. Najczęściej winni byli Polacy, którzy stanowili 17,7 procent zagranicznych sprawców, a za nimi Rumuni (13,7 procent) i Turcy (6,2 procent).

Jeszcze bardziej drastyczne były dane dotyczące paserstwa zawodowego, czyli zorganizowanego handlu kradzionymi towarami. W 2024 r. odnotowano łącznie 266 wyroków skazujących, z czego 145 dotyczyło cudzoziemców – czyli 54,5 procent. Również w tym przypadku Polacy stanowili największą grupę sprawców, z 26,9 procentami skazanych osób niebędących obywatelami Niemiec, a za nimi uplasowali się Rumuni z 15,1 procentami i Turcy z 6,9 procentami.

Również wśród 3157 osób skazanych w 2024 r. za pranie brudnych pieniędzy cudzoziemcy byli wyraźnie nadreprezentowani – 1342 skazanych, co stanowi 42,5 procent. Najbardziej widocznymi krajami pochodzenia były Turcja (8,7 procent), Bułgaria (8,2 procent) i Rumunia (5,4 procent).

Rząd federalny usprawiedliwia przestępczość cudzoziemców

Poseł AfD do Bundestagu Stephan Brandner, odnosząc się do tych danych, powiedział w wywiadzie dla JUNGEN FREIHEIT, że zmiany te „muszą doprowadzić do znaczącej zmiany polityki migracyjnej i bezpieczeństwa”. Kto poważnie traktuje bezpieczeństwo wewnętrzne, nie może ignorować takich danych.

W odpowiedzi na zapytanie AfD rząd federalny podkreślił, że porównanie przestępczości Niemców i cudzoziemców jest „niemożliwe ze względu na wiele czynników”. Należą do nich nieujawnione przestępstwa oraz brak rozróżnienia w obrębie grup cudzoziemców – na przykład osób bez pozwolenia na pobyt, turystów, osób dojeżdżających do pracy za granicą lub stacjonujących żołnierzy. Ponadto osoby niebędące obywatelami Niemiec to średnio częściej mężczyźni, częściej mieszkają w dużych miastach i częściej dotknięte są ubóstwem.

źródło: jungefreiheit.de, welt.de

Pozew o ujawnienie akt Stasi Merkel odrzucony. Sąd: brak podstaw

1

Były polityk FDP próbował przed berlińskim sądem administracyjnym wymusić wydanie ewentualnych akt Stasi dotyczących byłej kanclerz Angeli Merkel (CDU). Sąd odrzucił jednak pozew. Jak poinformowała rzeczniczka, ustawa o aktach Stasi nie przewiduje ogólnego prawa do wydania akt w dowolnym celu.

Dostęp do takich dokumentów jest związany z surowymi wymogami prawnymi. W związku z tym wydanie aktów może wchodzić w grę na przykład wtedy, gdy dana osoba była beneficjentem Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MfS) lub w momencie sporządzenia dokumentów była już uznawana za osobę ważną dla historii współczesnej.

Merkel nie była osobą o znaczeniu historycznym

„W niniejszej sprawie warunki te nie są spełnione” – wyjaśniła rzeczniczka sądu. „Nie ma na przykład żadnych konkretnych przesłanek wskazujących, że pani Merkel była beneficjentką MfS – ponadto przed 1990 r. nie była ona osobą o znaczeniu historycznym”.

Pozew złożył były polityk FDP Marcel Luthe. W latach 2016–2021 zasiadał on w berlińskim parlamencie z ramienia liberałów. W 2020 roku wystąpił z FDP. W wyborach w 2021 roku Luthe kandydował w Berlinie z ramienia Wolnych Wyborców.

źródło: jungefreiheit.de

„Odwróć się, kiedy jesz”: ramadanowy skandal, który wstrząsnął Niemcami

5

W najbliższy czwartek kończy się ramadan. W ostatnich latach islamski miesiąc postu stał się coraz bardziej widoczny w niemieckiej przestrzeni publicznej. Oświetlenie ulic w dużych miastach, produkty związane z ramadanem w supermarketach oraz spotkania z czołowymi politykami i przedstawicielami władz lokalnych przy okazji wieczornego przerywania postu pokazują, że ramadan staje się częścią niemieckiej kultury codziennej.

Konflikt w Kleve: spór o drugie śniadanie i reakcja szkoły

Ale co, jeśli ten święty miesiąc nie sprzyja różnorodności i tolerancji religijnej, a wręcz przeciwnie – wywołuje konflikty wśród młodzieży? Niedawno na pierwszych stronach gazet w całym kraju pojawiła się sprawa dotycząca szkoły ogólnokształcącej w Kleve w Nadrenii Północnej-Westfalii. Muzułmanie mieli tam obrażać swoich nie-muzułmańskich kolegów z klasy, ponieważ ci jedli swoje drugie śniadanie.

Rodzice oburzeni poinformowali gazetę „Bild”, że nauczyciel poprosił jedynie dzieci, które były prześladowane, aby odwróciły się podczas jedzenia. Na swoim kanale na Instagramie szkoła wspomniała następnie o problemach komunikacyjnych i poinformowała, że chce „dokładnie zbadać” to zdarzenie.

Tożsamość, religia i konflikty: oceny Khorchide i „Die Arche”

Wyolbrzymiony pojedynczy przypadek czy symptom rosnącego podziału kulturowego w szkołach o wysokim odsetku uczniów muzułmańskich? Religia staje się wśród muzułmańskich uczniów coraz silniejszym źródłem tożsamości, które brzmi: „My, muzułmanie” – powiedział na początku ramadanu agencji informacyjnej KNA dyrektor Centrum Teologii Islamskiej Uniwersytetu w Münster, Mouhanad Khorchide. Niektórzy młodzi ludzie pełnią rolę swego rodzaju policji religijnej i dyskredytują kolegów ze szkoły.

Rzecznik chrześcijańskiej organizacji pomocy dzieciom i młodzieży „Die Arche”, Wolfgang Büscher, odnosząc się do sprawy z Kleve, ubolewał nawet nad rosnącą uległością wobec muzułmańskich uczuć. „Uważam za smutne, jak powoli kapitulujemy przed islamem” – powiedział Büscher, który nie jest bynajmniej podżegaczem, w rozmowie ze stacją Welt TV. Szczególnie w szkołach, w których uczniowie muzułmańscy stanowią obecnie większość, dzieci i młodzież niemuzułmańska cierpią z powodu ogromnej presji.

Krytyka dyrekcji szkół: obawa przed oskarżeniem o „islamofobię”

Również założycielka liberalnego berlińskiego meczetu Ibn Rushd-Goethe, Seyran Ates, zarzuciła w stacji Welt TV dyrekcjom szkół stosowanie taktyki wyczekiwania. Problemy zamiata się pod dywan z obawy, by nie zostać uznanym za „rasistę” lub „islamofoba”.

Düll odrzuca specjalne regulacje w szkołach podczas ramadanu. „Kto chce pościć, musi to wytrzymać, nawet gdy inni jedzą”. Musi być również jasne, że poszczący nie mogą domagać się żadnych przywilejów, takich jak zwolnienie z prac klasowych lub zajęć wychowania fizycznego.

Zalecenia, wczesne posty i rola stowarzyszeń meczetów

Wiele krajów związkowych oraz Federalne Ministerstwo Edukacji opublikowało już wytyczne dla nauczycieli dotyczące postępowania w okresie ramadanu. Zalecają one zazwyczaj dużą dozę wyrozumiałości i gotowości do rozmowy z podopiecznymi wyznania muzułmańskiego.
Często poszczą oni już w wieku dziecięcym, chociaż prawo islamskie nakazuje powstrzymywanie się od jedzenia i picia między wschodem a zachodem słońca dopiero od okresu dojrzewania.

Stanowisko KRM: potępienie mobbingu i ostrzeżenie przed ogólnikowymi osądami

Ważną rolę w łagodzeniu ewentualnych konfliktów związanych z ramadanem mogą odegrać stowarzyszenia islamskie i ich wspólnoty meczetowe. Krytycy, tacy jak Ates i Khorchide, postrzegają te stowarzyszenia głównie jako przedstawicieli politycznego islamu, który sprzyja odgradzaniu się od społeczeństwa większościowego.

Rada Koordynacyjna Muzułmanów w Niemczech (KRM), organizacja zrzeszająca pięć dużych wspólnot meczetowych, wypowiada się jednak jasno w sprawie przypadku w Kleve: „Post w islamie jest osobistą praktyką religijną i nie stanowi pretekstu do wywierania presji na innych lub poniżania ich. Kto zawstydza lub znęca się nad innymi, nie postępuje w duchu ramadanu” – wyjaśnił w czwartek rzecznik KRM Ali Mete w odpowiedzi na zapytanie agencji KNA.

Sprzeciwia się on jednak również ogólnym osądom na temat szkół o wysokim odsetku uczniów muzułmańskich. Nie należy również dyskredytować w mediach ramadanu, który jest jednym z najważniejszych filarów islamu.

źródło: tz.de