Firma Bahlsen, producent popularnych ciastek Leibniz Butterkeks, zapowiedziała ujednoliconą recepturę na wszystkie rynki dystrybucji. Do tej pory na spożywcze rynki Europy Wschodniej, zamiast droższego, prawdziwego masła, jako zamiennik stosowany był tani, znacznie szkodliwszy olej palmowy. Zawartość masła była znikoma, a jedynym argumentem na jego znikomą obecnością był przepis oraz fakt, iż firma musiałaby zmienić nazwę produktu, jeśli nie zawierałby on masła. W przeciwnym razie, dopuściłaby się ona oszustwa.

Zmiana strategii

Zgodnie z zapowiedziami Bahlsen, produkcja ciastek z prawdziwym masłem rozpoczęła się 1 Lipca. Decyzja firmy spowodowana jest niewątpliwie rosnącą świadomością społeczeństw takich krajów jak Polska, Węgry, Czechy czy Słowacja, na temat jakości towarów tam oferowanych, a które to składem, a często również mniej sprawiedliwą ceną, odbiegają znacząco od swoich oryginalnych odpowiedników.

żródło: Süddeutsche Zeitung

Oficjalny komunikat prasowy firmy Bahlsen;

„Wysoka jakość produktów oraz konsument i jego preferencje zawsze były i są w centrum uwagi firmy Bahlsen. Dlatego podążając za zmieniającymi się trendami, podjęliśmy decyzję o zmianie strategii dla marki Leibniz. Odnotowaliśmy bowiem, że jednym z elementów procesu globalizacji jest rosnące oczekiwanie wobec producentów, aby produkty, niezależnie od rynku, na którym są dostępne, wytwarzane były według tych samych receptur. W związku z tym zdecydowaliśmy, by ciastka Leibniz na wszystkich rynkach, na które dostarczamy produkty pochodzące z naszego zakładu w Skawinie, miały tę samą recepturę jak na rynkach krajów zachodnioeuropejskich. Już wkrótce Leibniz według oryginalnej niemieckiej receptury pojawi się w sprzedaży zarówno w Polsce, jak i innych krajach Europy Środkowo Wschodniej”

żródło: Bahlsen Polska

Pozytywny wyjątek

Wcześniej, ciastka znane jako typowo niemieckie, niemieckimi właśnie dopiero się stały. Wprawdzie lepiej późno niż wcale, lecz podchodząc do sprawy obiektywnie, należy pochwalić firmę Bahlsen za stosunek do klienta. Przejrzysta polityka bez wymijających tłumaczeń o potrzebach dostosowania się do konkretnego rynku, jest sama w sobie pozytywną reklamą w konsumenckim środowisku. Zwłaszcza na tle innych producentów, dla których mieszkańcy Europy Wschodniej są ciągle mniej wymagającymi klientami.

Sprawa składu jak i jakości produktów, zdobyła publiczny rozgłos wiosną tego roku. Stało się to za sprawa rządów oraz organizacji społecznych w takich krajach jak Węgry, Bułgaria, Czechy oraz Słowacja. W Polsce, prócz połowicznego zainteresowania tematem przez media, nie były przeprowadzane i publicznie publikowane żadne testy i śledztwa.

Węgry

Urząd do spraw kontroli żywności na Węgrzech wziął pod lupę 24 produkty spożywcze, nie różniące się niczym innym jak tylko krajem, w którym zostały zakupione (Austria/Węgry). Jak podejrzewano, wyniki jakościowo-porównawcze produktów dostępnych w węgierskich sklepach okazały się gorsze od ich austriackich odpowiedników. Nie były to produkty niszowych firm, które dopiero walczą o uznanie klienta, a rzec można starych wyjadaczy z ugruntowaną pozycją na rynku, między innymi Nutella od Ferrero i wafle marki Manner.

„Uważam to za obecnie za jeden z największych skandali” – podsumował węgierski minister János Lázár.

Bułgaria

W podobnym tonie wypowiedział się również szef bułgarskiej agencji ds. bezpieczeństwa żywności, Lubomir Kulinski „Duże zachodnie firmy sprzedają w Bułgarii żywność gorszej jakości niż na Zachodzie; panują podwójne standardy, inne wobec zachodniego rynku niż wschodnioeuropejskiego” Słowa te były z kolei skutkiem bułgarskiego raportu, z wynikami analiz grupy artykułów żywnościowych tych samych marek, sprzedawanych w supermarketach w Bułgarii, Austrii oraz Niemczech. Testy zostały przeprowadzone w pięciu niezależnych laboratoriach i wykazały, że około 20% artykułów ma inny, znacznie „uboższy” skład na domowym, w tym wypadku bułgarskim rynku.

„Chodzi o identyczne produkty, sprzedawane w trzech krajach pod tą samą marką handlową” – zastrzegł Kulinski.

Jak się również okazało, połowa z przebadanych produktów jest proporcjonalnie droższa w Bułgarii, aniżeli na Zachodzie. Podobnie jak podczas „węgierskich testów” wyniki dotyczyły wyrobów czekoladowych, soków, nabiału, kiełbas i odżywek dla dzieci, z tą różnicą, że nie podano ich nazwy.

Czechy i Słowacja

Podobne praktyki mają miejsce również w tych krajach. Wyniki testów naukowców, jak również podniebienia naszych południowych sąsiadów nie pozostawiają złudzeń.

„Światowi giganci wychodzą z założenia, że ludom zza dawnej żelaznej kurtyny, można opychać byle barachło” – skomentowała czeska eurodeputowana Olga Sehnalova.

„Nie może być Europejczyków pierwszej i drugiej klasy” – premier Słowacji, Robert Fico.

Bardziej ostro, skomentował sprawę Czeski Minister rolnictwa, nazywając kraje które otrzymują towar gorszej jakości „Śmietnikiem Europy”

Jak dotąd, władze Europejskie nie podchwyciły opinii wcześniej wymienionych krajów, a spawa nie trafiła na publiczną wokandę. Obecnie żadne europejskie przepisy nie zabraniają koncernom zróżnicowanej produkcji na podstawie tego, na jaki rynek mają trafić. Z prawnego punktu widzenia jest to sprawa czysto etyczna.

Mój komentarz tego jest taki:

Różnice były, są i raczej nic nie zapowiada by się skończyły. Można nawoływać do działania nasz rząd, media, pisać jak ten podobne artykuły, by bardziej nagłaśniać sprawę, lecz nie uważam, aby samo „gadanie” miało znaczący wpływ na producentów. Pomoże co najwyżej uświadomić, a też nie wszystkich, jeszcze niewtajemniczonych, w będące faktami różnice.

Popyt i podaż

Każdy z nas ma wpływ na to nieodzowne prawo rynku. Jeśli mimo świadomości gorszego składu i wyższej ceny, towar ląduje w naszym koszyku, to nikt w zarządzie producenta nie wpadnie na pomysł, aby dodatkowo inwestować w niego lepszymi składnikami. Jesteśmy odpowiedzialni tylko za nasze własne zakupy, działając, często nieświadomie jak wyrocznia przy każdym ich robieniu. Jeśli towar jest „słaby” i bliżej mu do podróbki niż oryginału, nie kupujmy. Uważam, że nie warto wspierać byle jakiej jakości, gdy się o tym wie. Rynek sam by się zweryfikował z takim naszym podejściem.

Często zdarza się, że cudze, pięknie rozreklamowane chwalimy, a swojego niestety nie znamy. Wiele lokalnych, bądź po prostu mniejszych firm, nie posiada takich środków na marketing jak światowe koncerny, co nie znaczy, że ich produkty są gorsze. Dlatego warto czasem przeczytać etykietę „niemieckich” ciastek, porównać ją z mniej znanym odpowiednikiem i kupić po prostu lepszy produkt. Oczywiście każdy z nas ma swoje wymagania, lecz nie dajmy nabierać się specom od marketingu. W większości przypadków, w zamian za fałszywe poczucie posiadania czegoś lepszego i znanego, tracimy pieniądze i a często również zdrowie.

Reasumując, bagażnik wypchany jedzeniem z biedronki, nie zawsze jest tak opłacalny, jak nam się to może wydawać. Co z tego, że po przeliczeniu (a i nie zawsze) tańszy, jeśli zamiast mięsa otrzymamy zmielone ścięgna i kości. Często porównuję, prowadząc własne „śledztwa” dla wiedzy i ciekawości. Zwróciłem uwagę, że często „uganiamy” się za forsą, stawiając ją na pierwszym miejscu, oszczędzając na tańszym, lecz jakościowo gorszym jedzeniu, potem wydając te pieniądze, by je z powrotem odzyskać.

PS. Zdrowie, od którego ważniejszych jest kilka kartonów proszku do prania, które zabierzemy w drodze powrotnej do Polski.

Rodzaje ubezpieczeń zdrowotnych w Niemczech
PODZIEL SIĘ
Piszę jak jest

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz!
Tutaj wpisz Twoją nazwę użytkownika